4 lata to kawał życia. Można w tym czasie wziąć ślub, posadzić drzewo, zbudować dom i urodzić dziecko. Można ukończyć studia, znaleźć pracę w szanującej się korpo, chodzić w wysokich szpilkach i rozmawiać z poważnymi ludźmi na poważne tematy. Studia można również nieco przedłużyć, pijąc do rana, śpiąc do wieczora, by w międzyczasie wyskoczyć na randkę do McDonald's. Jednym słowem można: WIELE.

Co zrobiłam Ja? Lekko zagubiona, prawie 22 letnia studentka transportu? Poszłam pobiegać. Jak można się domyślić - przepadłam.

Styczeń rok 2015 - chodzę na siłownie już 4 miesiące, schudłam kilka kilo, ZUMBA idzie mi średnio, ale na tej bieżni mechanicznej jest całkiem przyjemnie. Czasem nawet wyjdę pobiegać w teren, endomondo za darmo, więc grzech nie skorzystać. Poza tym jest jeszcze coś. Ogromny cios. Moja mama zachorowała na raka, a po kilku kilometrach jakoś łatwiej być dla niej wsparciem.

Luty rok 2015 -  Cholera, totalnie zapomniałam. W przypływie po-biegowych emocji zapisałam się na bieg. Dokładnie Półmaraton Marzanny. 21km 975m - w jeden dzień, bez żadnej przerwy, nawet na chwile, NIC. Mama mówi, że jestem wojownikiem, a do biegu jeszcze ponad miesiąc. Podejmuję wyzwanie.

Marzec rok 2015 - Zostało mało czasu, ale kto jak nie ja. Do tej pory na liczniku najwięcej 10 km. We wtorek przed półmaratonem, zgodnie z dziwnymi poradnikami, decyduję się na swoją pierwszą biegową 16-stkę. Wykonuję ją oczywiście na bieżni mechanicznej w zawrotnym tempie 11 km/h. W piątek pasuje kupić jakieś buty biegowe, bo w tych do fitnessu nie będę traktowana poważnie na linii startu. W sobotę wizyta z mamą u lekarza. Jest ciężko, ale w końcu wojownikiem jestem po niej. Na portalach dla biegaczy radzą, by pić dużo wody i wybrać się na „pasta party”. Słowo party zachęca - zjadam więc dwie porcje makaronu.

Nadeszła niedziela. Nie wiedząc czym jest rozgrzewka, ustawiam się skromnie w dziesiątym rzędzie z nowo poznanymi znajomymi. Ruszamy razem, ale gubimy się gdzieś na 3 kilometrze. Skończył mi się internet, więc nikt z endomondo nie krzyczy jak mi idzie, ale zgodnie z założeniem - byle do mety - brnę za tłumem. Co chwile ktoś dopinguje, ktoś się uśmiecha, ktoś klepie po ramieniu, woda i izo za darmo - całkiem fajne to bieganie. Sytuacja diametralnie zmienia się na 18 km. Niczym Ikar opadam z sił. Mówią, że już niedaleko, ale okropny wiatr na bulwarach wcale nie pomaga. Odpalam „Do góry łeb” na słuchawkach i od tej pory kilometry mijają w rytm polskiego rapu. Zbliżamy się na Błonia. Jest i ona - piękna, niebieska, długo wyczekiwana meta. Numer 1169 melduje się na niej, ze łzami w oczach i czasem 01:31:30 jako 7 w swojej kategorii wiekowej.

Zrobiłam to. Od początku, do końca. Co prawda zabiłam 2 paznokcie i męczy mnie gruźliczy kaszel, ale udało się. Dzwonię do mamy i mówiąc jak bardzo Ją kocham przekonuję, że skoro ja wygrałam moją walkę, to u niej nie może być inaczej.


Kwiecień rok 2015 - Do tej pory otrzymałam już wiele gratulacji. Dziadziu jest smutny, że nic nie wygrałam, a kilka „bardziej siedzących w temacie” osób niedowierza w mój czas w debiucie. Ja nie biegam już drugi tydzień - ach ta regeneracja. Odezwał się też do mnie trener, który przekonując mnie o moim wątpliwym talencie oferuje swoją pomoc. Czemu nie - nigdy wcześniej nie miałam żadnej pasji. Ponoć po mamie boję się piłki, ale w końcu siostra studiuje WF, brat jest piłkarzem, a tata ma drugiego dana w JUDO. Raz się żyje!

Już wspólnie, postanawiamy sprawdzić mnie na krótszym dystansie - minimaraton. Po raz pierwszy umieram. 4200 metrów i 16 minut 35 sekund istnej męki. Chcę wypluć płuca - pasuje chyba odstawić te mentolowe papierosy do południowej kawy. Trzecia w kategorii wiekowej.

Maj rok 2015 - Od kanapowicza do BIEGACZKI trenującej 6 razy w tygodniu. Kolejny bieg zaliczony. Tym razem dycha. Od 6 km walczę, ale z ogromnym wsparciem trenera dobiegam na metę z czasem 00:42:08. Staję na pudle, obrastam w piórka i zarabiam swoje pierwsze 200 zł. Ha, mam też kolejny cel! W myśl zasady: jak mierzyć to wysoko, a jak spadać to z wysokiego konia, decyduję się na start w 33. PKO Wrocław Maraton - tego roku we wrześniu. Mama przechodzi pierwszą operację. Jest dobrze.

Czerwiec - Lipiec rok 2015 - Bieganie uczy mnie efektywnego zarządzania własnym czasem. Sesję zaliczam w pierwszych terminach i zaraz po zabieram się do pracy. Nie cierpię na nadmiar pieniędzy, więc korzystając z okazji podejmuję się dwóch etatów w branży nie innej jak gastronomiczna. Wieczorami od około 22 do 3 w nocy jestem hostessą w krakowskiej strefie klubowej. Uśmiecham się na zdjęciach, tańczę i trzeźwym okiem patrzę na pijaną część tego miasta. Około 5 pędzę do piekarni, aby jako przykładna kelnerka śniadaniowa dostarczyć gościom hotelowym świeże pieczywo. Kończąc prasować obrusy dla popołudniowej zmiany, chwytam sportową torbę w dłoń, by o 14 w największym słońcu pobiegać z trenerem. Później kilka godzin snu i powtórka z rozrywki.

Sierpień rok 2015 - Do maratonu miesiąc. Wszystko idzie zgodnie z planem. Postanawiam się sprawdzić w Bochni. MOJEJ Bochni. 10 km przy całej rodzinie. Ze stresu chcę wyrzucić biegowe buty. Termometr wskazuje ponad 30 stopni. Najbliżsi obstawiają całą trasę sprawiając, że poprawiam życiówkę o 2 minuty (00:40:08) i wygrywam w kategorii powiat. Po wszystkim witają mnie w domu wielkim bilbordem „Witaj gepardzie!”, grillem i najlepszymi tostami na świecie. Znowu ryczę.

Wrzesień rok 2015 - Cytując klasyka: „Nadeszła wiekopomna chwila”. Maraton po 5 miesiącach biegania. Cel ambitny - 3 godziny 10 minut. Wyruszamy w trójkę do Wrocławia. Jedynie owsianka przechodzi mi przez gardło, a w nocy przed cierpię na bezsenność. Wiąże sportowe buty, ubieram bawełnianą koszulkę i stylowe raybany. Po krótkim rozruchu wyruszamy na trasę. Wszystko idzie zgodnie z planem. Moim zadaniem jest tylko przyjmować wodę co 5 km, żele na 15,20 i 25 km i nie wyprzedzać trenera. Czasem szarpie, czasem płaczę ze wzruszenia, ale o dziwo latam - nie biegam. Na 25 km zostajemy we dwójkę, a na 35 km biegnę już sama. Bez zegarka, bez wody, bez doświadczenia. Mijając maratończyków, zaczepiam ich nieśmiało pytając: „Przepraszam, myśli Pan, że dobiegnę na 3h10 min?”. Dobiegam szybciej: 03:08:58. Na mecie czeka moja przyjaciółka Weronika - płaczemy już razem.

Październik - Grudzień rok 2015 - Po 2 tygodniach bez biegania i tygodniowych, STUDENCKICH wakacjach w Bułgarii, przychodzi czas na ostatni bieg tego sezonu. Cracovia Półmaraton. Na mecie melduje się z czasem 01:26:33. 

Mama zdecydowała się na chemię. Lekarze są dobrej myśli. My również.

Podekscytowana progresem i tym, że wszystko zaczyna się układać rozpoczynam wielkie roztrenowanie, które nie do końca mi wychodzi. Popełniając błędy typowego amatora ograniczam 6 treningów do 3 tygodniowo. Wracam na studia i chcąc „zjeść jabłko i mieć jabłko” zaniedbuję regeneracje...

Skutki? O tym będzie w części drugiej.

napisane przez
portrait

Beata Popadiak

Studentka z Kraków

Wiek: K20
Klub: ASICS FrontRunner Poland
Trener: Marcin Nagórek

Moje dyscypliny
Półmaraton 10 KM Maraton

Więcej blogów