Jak się powiedziało A, to trzeba powiedzieć B. Po 17 latach edukacji postanawiam jednak iść na całość. Mój “blogerski” alfabet doprowadzę przynajmniej do litery D.

Litera B Rok 2016.

Słowo idealnie opisujące ten okres mojego życia? Frustracja - na to słowo postawiłabym wtedy. Człowiek jednak dojrzewa i z biegiem czasu widzę, że był to rok pod wezwaniem nauki. Nauczyłam się tego, że nawet moje ciało ma limity, a “bliscy” ludzie potrafią okropnie zranić.

Styczeń rok 2016 - Zazwyczaj cierpię na słowotok, a obecnie nie wiem, od czego zacząć, by nie powiedzieć za dużo, a oddać to, co działo się w tamtym okresie. Pod koniec roku 2015 ktoś bardzo mnie rani. Ktoś bardzo bliski. Ktoś, komu ufam i powierzam wszystkie największe smutki, radości i tajemnice. Boli. W takich chwilach mogę liczyć na moją niezawodną rodzinę. Największe wsparcie i otarcie łez. Ludzi, którzy skoczyliby za mną w ogień i darzą bezwarunkową miłością. Nie zdradzając nazwisk - od tej pory trenuję już sama… ;)

Nie mając najmniejszego pojęcia o treningu -  po prostu biegam. Zwiększając kilometraż, skracając przerwy i dokładając nowe ćwiczenia. W końcu mam za sobą maraton, więc już wiem, co z czym się je. Ustrzegając mnie przed nadciągającą katastrofą z pomocą przybywa Bartek. Bezinteresownie oferując pomoc w planach treningowych, doprowadza do stanu “używalności”. Wspólnie decydujemy, by wstrzymać się na jakiś czas z maratonami i nabrać prędkości na krótszych dystansach.

Idąc za tropem, biorę udział w biegu charytatywnym Wielkich Serc. To moje pierwsze zawody na 5 km. Brzmi strasznie. Przecież nawet nie zdążę się rozpędzić, a tu już trzeba kończyć. Zmotywowana ulubionym słowem - ŻYCIÓWKA - daję się namówić. Nie żałuję ani przez sekundę. Na okropnie oblodzonej trasie, ze śniegiem w buzi i wiatrem we włosach łamię 20 minut i zajmuję drugie miejsce (19:59 - HA!). Staję na podium ramię w ramię z Agnieszką Cader - moją inspiracją. W dodatku w moim życiu pojawia się przystojny brunet. To jest dobry dzień.

Luty rok 2016 -  Przystojny brunet nie chce się odczepić. Ja też jakoś specjalnie na to nie nalegam. Golden Advice - bo tak mu “na imię” namawia mnie na walentynkowy bieg par. Za zgodą Bartka, nie znając dokładnych reguł, ulegam. Ludzka wyobraźnia nie przestaje mnie zaskakiwać. Ideą całego wydarzenia jest bieg par, połączonych zdecydowanie za krótką i zdecydowanie nieromantyczną, czerwoną wstążką. W sobotę przed biegiem wypada sprawdzić naszą synchronizację. Wiążemy się zatem zdecydowanie bardziej romantycznym szarym sznurkiem i wyruszamy na krakowskie Planty. Ja w prawo, On w lewo. Ja górą, On dołem. Straty? Dziura w leginsach i upadek przystojnego bruneta. Następnego dnia idzie nam zdecydowanie lepiej. Nikt nie leży. Zajmujemy 3. miejsce (5.5 km - 21:16), zyskujemy szacunek na Śląsku i jemy najlepszą czekoladę na świecie.

W międzyczasie Bartek wspomina o rekrutacji do zespołu ASICS FrontRunner Poland. Czemu nie - nic nie tracę. Bez żadnych nadziei wysyłam swoją aplikację. 18 lutego dostaję wiadomość od Tomka Domżalskiego - koordynatora projektu. Jestem jedną z sześciu osób zakwalifikowanych do drugiego etapu batalii o pełny pakiet FrontRunnera. AAAA. Dzwonię do mamy, razem krzyczymy i płaczemy na zmianę. Aby dostać się do drużyny należy wypełnić dwa zadania. Pierwsze: ponad 3 miesięczna działalność w social - mediach. Drugie: wytypowanie nowej życiówki na 10 km podczas biegu Oshee. Z tym ostatnim wiem, że nie powinno być problemu, pierwsze stanowi wyzwanie. Odpalam swojego instagrama - raz się żyje.

Marzec rok 2016 - Zbliża się wielki dzień. Mój biegowy roczek. Decyduję się kontynuować tradycję i biorę udział w Półmaratonie Marzanny. W tych samych biegowych butach i z tym samym stresem co rok wcześniej staję na linii startu. Jedyne co się zmienia to inwestycja w biegowy zegarek, którego nie bardzo wiem, jak używać. Kończę bieg z czasem 01:26:10. Zajmuję 3 miejsce wśród kobiet i zarabiam równowartość dwóch stypendiów naukowych. Emocje sięgają zenitu. Marzenia się spełniają. Czy płaczę? Wiadomo! Na mecie czeka przystojny brunet - JUŻ mój chłopak.

Mama czuje się dobrze. Krakowski świat biegowy powoli uczy się mojego skomplikowanego nazwiska. Bronię Inżyniera na piąteczkę. Za namową koleżanki z roku dołączam do AZS PK Kraków. Kupuję drugie biegowe buty. Jestem szczęśliwa.

Kwiecień rok 2016 - Ostatni miesiąc walki o miejsce w drużynie ASICS FrontRunner. Nie robiąc nic wbrew sobie, dzieląc się swoją miłością do biegania, daję się poznać również online. Udzielam nawet swojego pierwszego w życiu wywiadu, lokalnemu portalowi “Bochnianka”. Zaczyna się nowy etap w moim życiu. Rodzi się Gazela. Sąsiedzi gratulują mojej mamie, wierzą w moje osiągnięcia i kibicują mi. Naprawdę nie zasługuję na połowę z tych pięknych słów, jakie padają w moim kierunku. Dostaję telefon z Politechniki. Dziekan prosi o zdjęcie ze mną. Świat zwariował. Z trudem ogarniam nową, miłą rzeczywistość.

Niedobrze, jak jest za dobrze? Zdecydowanie. Ostatni tydzień do najważniejszego biegu tego sezonu - OSHEE 10 km. Zaraz po “sesji” z dziekanem, jadę na Akademickie Mistrzostwach w biegach przełajowych. Dzień przed niepotrzebnie sprawdzam skrzynkę mailową. Znajduję w niej bardzo nieprzyjemny mail od osoby, która już wystarczająco namieszała w moim życiu pod koniec roku 2015. Po nieprzespanej, przepłakanej nocy, bez motywacji wyruszam na AMPy do Łodzi. Podminowana, z trudem biorę się w garść. Z lekkim bólem pachwiny walczę jak lwica na 6 km przełaju, by zająć trzecie miejsce w UTE i zdobyć pierwszy medal mistrzostw Polski. Łzy smutku zmieniają się w łzy radości…

Kwiecień plecień tak przeplata, że we wtorek po sobotnim super biegu odbiera mi moc w prawej nodze. Zostało 5 dni do najważniejszych zawodów, a ja nie mogę biegać. Ba, mam problemy z chodzeniem. Przystojny brunet okazuje się nieoceniony. W trybie ASAP zapisuje mnie do najlepszego w Krakowie fizjoterapeuty. Od wtorku do soboty zero treningów. Na własne ryzyko, nafaszerowana bardzo mocnymi lekami przeciwbólowymi, decyduję się na start w biegu Oshee. To moja jedyna szansa, by dostać się do drużyny ASICS FrontRunner. Wszyscy we mnie wierzą, a ja nie lubię zawodzić. Mój cel to 39 minut 25 sekund. Ramię w ramię z przystojnym brunetem pokonujemy razem kilometry. Od początku czuję ból, który nasila się na 7 kilometrze. Nie poddaję się. Dobiegam do mety z czasem 39:23. MAMY TO! Niezależnie od wyniku rekrutacji czuję się jak zwycięzca. W momencie wręczenia medalu noga przestaje współpracować. Do Krakowa wracam jako szczęśliwa kaleka.

26 kwietnia dostaję wiadomość od Tomka Domżalskiego - od dziś reprezentuję drużynę ASICS FrontRunner! Spełniają się moje kolejne marzenia. Jeszcze nie wiedząc ile cudownych przygód w barwach ASICS mnie czeka, płaczę ze wzruszenia.

Maj - Sierpień rok 2016 - Zaraz po biegu wznawiam moją współpracę z fizjoterapeutą. Jestem w gabinecie 3 razy w tygodniu. Wydaję wszystkie oszczędności. Nikt nie umie powiedzieć co mi jest. Mijają miesiące, a ja katuję się na siłowni zamiast biegać. Gdy tylko noga pozwala na normalny chód, próbuję truchtać i...wracam z płaczem do domu. Nie rozumiem o co chodzi. Jak długo przeciążenie mięśni może się utrzymywać? Staję się okropną zołzą. Narzekam jak nigdy, odtrącam przystojnego bruneta i odrobinę zamykam się w sobie. W lipcu nadchodzi długo wyczekiwany termin rezonansu. Złamanie zmęczeniowe dwóch gałęzi kości łonowej prawej nogi. Nawet lekarz jest zdziwiony - ludzie w tych miejscach się nie łamią. No cóż, zawsze byłam “wyjątkowym” okazem. Przede mną minimum 6 tygodni bez biegania. Mimo złych wiadomości jest mi jakoś tak lżej. Znam diagnozę i wiem, że treningi na siłę nie mają sensu. Ponownie staram się cieszyć ze szklanki do połowy pełnej.

W połowie lipca pokonuję swoje pierwsze kilometry, a w sierpniu decyduję się na Bieg Majora Bacy w Bochni. Formy nie ma, jest lekki ból, ale wsparcie rodziny wynagradza wszystko. Pudło w kategorii wiekowej i zwycięstwo w powiecie.

Wrzesień rok 2016 - Noga powoli wraca do siebie. Każdy kilometr doceniam dwa razy bardziej. Z uśmiechem na buzi przemykam przez krakowskie ulice. Biorę udział w kolejnym biegu charytatywnym i gubiąc chip (Dwa razy!) na podbiegu na Kopiec, zajmuję drugie miejsce. No cóż, lekcje z wiązania buta w przedszkolu omijałam szerokim łukiem. 17 września jestem dumną świadkową na ślubie mojej najlepszej na świecie i jedynej siostry! Piję alkohol, jem tłusto, a następnego dnia robię 10 km - tak można żyć. Tydzień później wybieram się na oficjalne spotkanie drużyny ASICS FrontRunner przy Maratonie Warszawskim. Z Bartkiem od początku wykluczamy opcję maratonu, decydując się na szybką piątkę. Weekend mija pod znakiem bolącego brzucha - tym razem nie od przejedzenia - od śmiechu. Poznaję cudownych ludzi, z którymi mogę dzielić pasję. Czy mogłam trafić lepiej? Nie sądzę. W niedzielę, totalnie na luzie, staję na linii startu. Warszawa po raz kolejny przynosi mi szczęście. Nowe PB na 5 km. 18:13 i rewelacyjny negative split (3:42-3:33 min/km). WOW! Te oczy są już naprawdę zmęczone od płaczu. :)

Październik rok 2016 - Czas na półmaraton - mój ulubiony dystans. Cel ambitny: łamanie 01:24:00. Do 19 km wszystko idzie idealnie. Równe tempo i ładny, gazelowaty krok. Nagle...boom! Na 20. km odcina prąd. Cudem czołgam się do mety, na której melduję się z czasem 01:24:51. Jest życiówka, jest niedosyt, ale jest coś jeszcze… jest ból w pachwinie. Tym razem lewa noga. “Oh God, why?!”

Listopad - Grudzień rok 2016 - Tym razem mądrzej podchodzę do tematu. Boli? Nie biegam. Za to chodzę na siłownię. Co jakiś czas. Tzn codziennie. 30 listopada w urodziny pokonuję pierwsze kilometry i zajadam się z przyjacielem (dziękuję MATI!) naleśnikami. Od tej pory obiecuję sobie mądrze trenować.

Czy udaje mi się zrealizować ambitne plany? O tym opowie literka C.

PS W tym miejscu chciałabym podziękować mojej całej rodzinie i przyjaciołom. Może zabrzmi banalnie, ale bez Was nie dałabym rady...

napisane przez
portrait

Beata Popadiak

Studentka z Kraków

Wiek: K20
Klub: ASICS FrontRunner Poland
Trener: Marcin Nagórek

Moje dyscypliny
Półmaraton 10 KM Maraton

Więcej blogów