Góry upajają. Człowiek uzależniony od nich jest nie do wyleczenia. Można pokonać alkoholizm, narkomanię, słabość do leków. Fascynacji górami nie można.

Jeśli cały rok będzie taki jak styczeń to będę miał całkiem niezłą liczbę godzin spędzoną na sportowych ścieżkach. Jak dobrze pamiętacie urodziny spędzałem w górach. Udało się również w nich spędzić ostatni weekend stycznia. 
Podobnie jak ostatnio wylądowaliśmy w okolicach Szklarskiej Poręby i Karpacza. Moim zdaniem biegowo najlepsze miejsce dla mnie. Znam wiele dróg, wiele szlaków, a cały czas poznaję coś nowego. Co tym razem nas spotkało?


Wyjazd z końca stycznia był zupełnie odmienny od tego co spotkało nas na jego początku. Przede wszystkim pogoda była dużo mniej stabilna i nieprzewidywalna. Wstawaliśmy i była ładna pogoda, by kilka godzin później biec już w totalnej zamieci. Jednak postawione cele chcieliśmy zrealizować z nawiązką!

Szturm na Śnieżkę vol. 2, bo tak trzeba nazwać kolejny zlot biegowych wariatów na parking pod Świątynią Wang. Był sobotni poranek. Dla niektórych trasa z Poznania była dużym wyzwaniem, bo warunki pogodowe nie nastrajały pozytywnie. Spóźnieni, ale w jednym kawałku dotarliśmy na miejsce zbiórki. Po analizie trasy i pogody stwierdziliśmy, że przemieszczanie się przez Słoneczniki to nie najlepszy pomysł i wybraliśmy standardową trasę od Świątyni, przez Samotnię, Spaloną Strażnicę, Dom Śląski na Śnieżkę. W podgrupach zaczęliśmy zdobywać kolejne metry w górę. Z każdym metrem pogoda stawała się co raz mniej ciekawa. 

Można było zrobić zdjęcie i powiedzieć, że było się w innym miejscu niż faktycznie się przebywało. Mgła ograniczała widoczność, a z drugiej strony nadawała scenerii pewnej mroczności, która zachwycała. Wyłaniające się postacie z mgły robiły niezwykłe wrażenie. Takie samo robiliśmy niezwykłe wrażenie na osobach, które mijaliśmy. Ubrane były jak na wyprawę w Himalaje. My natomiast ubrani na biegowo w błyskawicznym tempie przemieszczaliśmy się w górę.


Wymagania zwiększyły się przy Spalonej Strażnicy. Wiatr zaczął dmuchać niemiłosiernie mocno. Trzy warstwy ciuchów ledwie dawały radę, a wiatr miotał biegaczami na boki. Jednak zapał drużyny był na tyle duży, że do Domu Śląskiego biegliśmy jak Strusie Pędziwiatry. Doszło tam do małego przetasowania drużyny. Pewna część schroniła się w środku, a my ruszyliśmy na podbój Śnieżki. Trwał chwilę... Na rozwidleniu szlaków, gdzie można latem wybrać drogę naokoło lub udać się na łańcuchy wiało tak mocno, że w jednej chwili moje ręce zamarzły na kamień. Skłoniło mnie to do odwrotu do Domu Śląskiego. Nasza okrojona drużyna w składzie Ewa, Magda, Tim i Ja ze skulonymi głowami dołączyliśmy do reszty. Tam też spotkaliśmy Hangarową ekipę, która atakowała Śnieżkę w stylu na "morsa". Oni z pełnym rozsądkiem właśnie tam zakończyli swoją podróż. Z wesołymi minami czekali na resztę.

Tymczasem wysypałem ze swojego plecaka wszystko co miałem. Analizowałem co musiałbym jeszcze założyć lub wymienić, żeby jednak na Śnieżkę wejść tego dnia. Patrzyłem "kątem" oka na Ewkę, którą trzęsła się. Na Magdę, która miała sine usta oraz na Tima, który nawet się nie rozebrał, a pod nosem mówił, że cel, który sobie założył dziś nie został zrealizowany. Ja nadal szukałem rozwiązania na wejście. Tym bardziej, że Tim przyjechał z rana z Poznania i Jego wejście na szczyt było dla mnie bardzo ważne. Sam też bardzo chciałem kolejny raz wejść na górę. Warunki jednak nie były dla nas litościwe. W głowie pogodziłem się z porażką...

Pozbierałem graty, zostawiłem plecak i na lekko, ubrany nieco cieplej zebrałem się do wyjścia. No a jak! Razem z Timem ruszyliśmy w górę! Przeszliśmy bardzo szybko fragment, gdzie za pierwszym razem zawróciliśmy. Mknęliśmy raz z wiatrem, raz pod wiatr. Mijaliśmy kolejnych piechurów i zdobywaliśmy metry w górę. Nie wiem czy trwało to z 15 czy 18 minut jak stanęliśmy na szczycie, z którego nie było nic widać. Zegarki tak zamarzły, że nie było widać jakie pokazują wartości. Mgła i chmury pokrywały wszystko wokół Śnieżki, a my lekko zamarznięci rozejrzeliśmy się po wierzchołku, zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie i ruszyliśmy w dół. Uśmiechy jednak z twarzy nie zniknęły już do końca dnia.


Zbiegając w dół słyszeliśmy wesołe opinie o nas wśród ludzi. Wariaci czy szaleńcy odmieniani byli we wszystkich formach. Na szczęście zawsze pozytywnie. Pozytywnie też zakończył się nasz Szturm na Śnieżkę. Około 30 minut zajęła nam droga Dom Śląski - Śnieżka - Dom Śląski. Zapukaliśmy w szybkę, zgarnęliśmy dziewczyny i ruszyliśmy w drogę powrotną. Przy Akademickiej Strzesze dogoniliśmy resztę ekipy i razem pomknęliśmy w dół do aut. Z każdym kolejnym metrem było co raz cieplej i przyjemniej. Znowu przestało wiać, a zamarznięte poliki nabrały rumieńców. 

Wyprawa ta była kolejny doświadczeniem w górach. Nigdy wcześniej nie biegałem w okolicach Śnieżki w tak ciężkich warunkach. Na myśl przychodzi, że Gór nie można pokonać. One tam będą zawsze. My możemy tylko zdobywać co raz więcej doświadczenia, by móc się z nimi obchodzić.

"Góry stanowią wspaniały teren zdobywania tej mocy, która zdobyta w górach potem owocuje w dolinach. Dopiero w życiu na dolinach spełnia się wartość gór i sprawdza się ich wpływ na człowieka." ks. Rogowski

napisane przez
portrait

Piotr Myślak

Triathlonista.com z Poznań

Wiek: 30

Moje dyscypliny
Maraton Półmaraton triathlon długi dystans Ultramaraton

Więcej blogów