Jako mama czwórki dzieci mogę przyznać szczerze, że macierzyństwo nie jest wymówką od aktywności fizycznej. Jest w mojej opinii doskonałą okazją, by zaszczepić dobre nawyki u potomnych!

Ruch towarzyszy nam odkąd tylko dzieci pojawił się na świecie. Kilometrowe spacery z wózkiem każdego dnia bez względu na pogodę a w dalszej kolejności nauka chodzenia, biegania za dziećmi, nauka jazdy na rowerze, na rolkach, na nartach... Choć wymagało to ciągłego zaangażowania rodziców to każda z tych aktywności na świeżym powietrzu dawała wszystkim mnóstwo frajdy. Mnie rozpierała duma, że dzieciaki chętnie garną się do ruchu pod każdą postacią.

Myślę, że kluczem do sukcesu jest to, że moje dzieci od małego obserwowały najpierw mamę na macie trenującą przed telewizorem, potem biegającą, chodzącą na siłownię. Bardzo często towarzyszyły mi podczas tych aktywności. Nie było przeszkód, żeby w formie zabawy angażować je w swoje ćwiczenia wykorzystując ten czas na wspólne przyjemności.

Kiedy ćwiczyłam na macie w domu dzieci były dodatkowym "utrudnieniem" treningowym i jego przemiłym urozmaiceniem. Brałam je na plecy i wykonywałam przysiady, chwytałam je w ręce i podnosiłam w górę. Nawet pompki nabierały innego wymiaru, kiedy przy każdym pochyleniu w dół czekał na mnie miły całus od córki.

Po tym jak skręciłam rękę w nadgarstku pierwszy raz założyłam buty biegowe zakończyłam na długi czas treningi fitness w domu. To był moment przełomowy, ponieważ nastała era trenowania bez dzieci. To był czas zupełnie dla mnie a nie ma co ukrywać, że im dzieci większe tym potrzeba resetu była wprostproporcjonalna:) Poznałam środowisko lokalnych biegaczy, zaczęłam rozwijać się w tym temacie, nabrałam chęci na zawody. Rodzina towarzyszyła mi każdorazowo na zawodach ostro dopingując mnie podczas wszystkich startów. Mąż zawsze analizował trasę i starał się ustawić z dziećmi na trasie i potem przemieścić się szybko na linię mety. Zawsze bardzo wzruszały mnie chwile kiedy dziewczynki dobiegały do mnie na finishu i mogłyśmy trzymając się za ręce wbiegać na metę. Łzy leciały mi strumieniami.

Często zabierałam też dziewczynki ze sobą na siłownię. Robiłam wcześniej rozeznanie czy było to dozwolone. Jeśli tak to trening wybierałam wtedy, gdy równocześnie dzieci mogły brać udział w zorganizowanych zajęciach ruchowych lub przebywać w sali zabaw z opiekunką na czas treningu. Czasem jednak musiałam wybrać lokalną siłownię, która nie jest przystosowana dla małych dzieci, ale zawsze miałam na uwadze ich bezpieczeństwo. Oczywiście także komfort innych użytkowników siłowni też był tu kluczowy. Choć dzieci były poinstruowane jak należy się tam zachować to jednak są dziećmi i są "żywe". Zdaję sobie sprawę, że niektórzy mogli sobie zwyczajnie nie życzyć obecności dzieci na treningu, dlatego starannie dobierałam godziny najmniej oblężone, by nie zakłócać porządku na siłowni. Dla nich to był idealny plac zabaw- mnóstwo możliwości do wykorzystania (bieżnia służyła za zjeżdżalnię, piłki lekarskie i gumy oporowe były idealne do toru przeszkód, ostatecznie tablica była bazą rysunkową).

W sytuacji pandemicznej kiedy zamknięto siłownie na nowo obudziła się we mnie miłość do biegania. Ponieważ byłam już wyposażona w przyczepkę biegową najłatwiej było mi zaangażować dzieci do ruchu proponując im wspólny wypad na lody do centrum ( z naszego domu to łączny dystans ok 10km). Starszaki wsiadały na rower, bliźniaczki do przyczepki i tym samym łączyłam przyjemne z pożytecznym : zwiedzanie okolicy, wspólny czas z dziećmi i trening w jednym:)


Dzieci mnie nie ograniczają w kwestiach aktywności fizycznej. Wręcz przeciwnie - dzięki nim moje treningi weszły na inny poziom. Bez względu na to, co akurat było u mnie na treningowej "tapecie" zawsze przy odrobinie kreatywności mogłam je zaangażować do wspólnej aktywności.

W zdrowym ciele zdrowy duch!

napisane przez
portrait

MICHALINA WALASZCZYK

Handlowiec z GNIEZNO

Wiek: K30
Klub: Słynni Kenijczycy, Klub Altom
Trener: Andrzej Krzyścin

Moje dyscypliny
Ultra Trail 10 KM Półmaraton Ultramaraton Trail

Więcej blogów