W lipcu udało mi się zrealizować kolejne marzenie! Trekking w Tatrach...

Było to dla mnie wyjątkowe wydarzenie z dwóch względów! W tym blogu napiszę o tylko o jednym z nich... Był to po pierwsze aktywny wypad z zamysłem zrobienia sporej ilości kilometrów po górach.

Uwielbiam polskie góry. Tatry są dla mnie jeszcze zupełnie nieodkrytą przestrzenią. Moja fascynacja Tatrami zaczęła się wiosną tego roku kiedy to podczas choroby wpadła mi w ręce książka Remigiusza Mroza "Ekspozycja". Była to tak wciągająca lektura, że w ekspresowym tempie przeczytałam wszystkie 5tomów, których głównym bohaterem był miłośnik tatrzańskich szlaków - komisarz Wiktor Forst. To tam odgrywała się część akcji tej sensacyjnej powieści, którą serdecznie polecam.

Chciałam zrobić coś wielkiego!

Zamarzyłam więc by wybrać się w wyższe górskie pasma i śladami bohatera R. Mroza zdobyć kilka szczytów. Z racji tego, że mieszkam w Wielkopolsce do Zakopanego mam zbyt daleko, żeby wyskoczyć tam na weekend. Choć bardzo lubię góry to z racji posiadania małych dzieci mieszkających na nizinach nie mam możliwości wybrać się z nimi na szlak na cały dzień. Przeraża mnie też wyjazd w inne miejsce niż Karkonosze, bo jazda samochodem powyżej 4h z czwórką dzieci potrafi być podwójnie męcząca. Z racji bliższej lokalizacji wybieram zwykle Karkonosze więc gdy pojawiła się możliwość babskiego wypadu w Tatry byłam przeszczęśliwa.

Jestem osobą aktywną, ale góry dotychczas zdobywałam albo zimą podczas szusowania na nartach albo na okoliczność biegów górskich. Trekking to była więc miła odmiana i pewnego rodzaju urozmaicenie. Spacer w górach z założenia jest wymagający z uwagi na przewyższenia, skomplikowane podłoże, dystans... Jednak towarzystwo dziewczyn oraz widoki rekompensowały każdy trud! Dla mnie było to więc takie przejścia z tego co znane. w zupełnie nowy teren i warunki. Byłam wcześniej w Zakopanem, ale znałam je tylko z perspektywy leniwej turystki w sezonie letnim:) Dotychczas moje wspomnienia z pobytu w Zakopanem ograniczały się do spacerowania po centrum i wjazdem kolejką na Kasprowy Wierch czy Gubałówkę, no i raz zwiedziłam Jaskinię Mroźną. Tym razem byłam gotowa podbić Tatry na pieszo.

Wiedziałam, że to będzie test charakteru a także moich nóg!

Na pierwszy dzień dziewczyny zaplanowały zdobycie 7szczytów na dystansie ok 32km. Mimo, że wiedziałam na co się piszę to z tyłu głowy miałam lęk czy podołam. Dla mnie było to duże wyzwanie. Nigdy wcześniej nie przeszłam na pieszo takiego dystansu nawet na nizinach. Wysiłek w górach liczy się podwójnie. Ja jednak gotowa byłam na wszystko z uwagi na to, że miałam możliwość uczestniczenia w tym babskim wypadzie tylko przez 1dzień. Chciałam go więc wycisnąć jak cytrynkę:)

Każda z nas ubrała więc wygodne buty ( TRABUCO MAX ) i założyła plecak. Z racji braku doświadczenia nie wiedziałam co mam spakować. Mimo, że pogoda była wymarzona, nad głowami świeciło nam pięknie słońce i nie spodziewałyśmy się załamania pogody to jednak nic nie można było przyjąć za pewnik. Obowiązkowym wyposażeniem była kurtka przeciwdeszczowa, telefon, chusteczki higieniczne, wazelina na otarcia, mini apteczka ( octonisept, tribiotyk, plastry, żel antybakteryjny) i dodatkowe skarpetki.

Okazało się jednak, że 10l plecak był jednak wypełniony głównie prowiantem, bo jako wielki łasuch muszę mieć pod ręką duże zapasy jedzenia. W tą część gór, którą dziewczyny zaplanowały była możliwość odwiedzić tylko jedno schronisko i to na samym początku wyprawy a później już tylko dzika natura dookoła. Posiliłam się więc jajecznicą, uzupełniłam zapas wody i byłam gotowa na dalszą część podróży.

Nasze kilometry upływały w przemiłej atmosferze. Było dużo śmiechu, historii, górskich wspomnień, asicsowych przygód. Były też momenty mniej przyjemne, ale to zostanie częścią naszej historii, która została w tam wysoko w Tatrach. Czułam przez całą drogę, że obecność dziewczyn jest dla mnie dużym wsparciem. Wchodząc na wyższe partie gór, odsłonięte ekspozycje, widoczne przepaści pierwszy raz w życiu doświadczyłam jakiegoś niespotykanego lęku. Góry uczą pokory. O wypadkach w Tatrach, interwencjach śmigłowca słyszy się bardzo często. Nie chciałam dopuścić do głowy scenariusza, w którym nie ma happy endu dlatego skupienie na trasie było maksymalne.

Pierwszego dnia udało nam się niemal w całości zrealizować nasz plan. Ominęłyśmy 1 ze szczytów na liście, ale nikt z nas nie miał poczucia klęski. Zrobiłyśmy coś fantastycznego!

W czasie około 10h zdobyłyśmy aż 6 szczytów i co najważniejsze wróciłyśmy do naszej bazy z uśmiechem od ucha do ucha oraz z pełnym uzębieniem! Na trasie spotkaliśmy bardzo mało turystów więc miałyśmy wrażenie, że to nasza prywatna wyprawa i w Tatrzańskim Parku Narodowym jesteśmy zupełnie same!

Mogę się pochwalić, że weszłyśmy na następujące szczyty:

Buty TRABUCO MAX i ich drapieżny bieżnik sprawdziły się idealnie na tej wymagającej trasie. Miały idealną przyczepność na każdym podłożu. W moim odczuciu w Tatrach wszystko jest inne: bardziej intensywne, bardziej dzikie, bardziej wymagające. Ciągle było pod górę i czułam się zmęczona, ale nie mogę się już doczekać kolejnej wyprawy!

Zachwyciłam się i w tym zachwycie trwam do dziś, dziękując losowi za taki obrót spraw:)

W zdrowym ciele zdrowy duch!

napisane przez
portrait

MICHALINA WALASZCZYK

Handlowiec z GNIEZNO

Wiek: K30
Klub: Słynni Kenijczycy, Klub Altom
Trener: Andrzej Krzyścin

Moje dyscypliny
Ultra Trail 10 KM Półmaraton Ultramaraton Trail

Więcej blogów