Moja przygoda z bieganiem rozpoczęła się w połowie 2014roku, ale w zasadzie na przestrzeni tych lat miałam kilka dłuższych okresów bez biegania. Jedne z przypadku, drugie z konieczności a trzecie wynikające nawet z awersji do biegania....

Dziś chciałabym opowiedzieć Wam o pierwszym okresie jako biegaczki. Jestem obecnie Ambasadorem Ruchu i ASICS Frontrunnerem więc chciałam Wam opisać po krótce swoją historię. Nie był to zawsze u mnie optymistyczny czas, ale chcę Wam pokazać, że choć nie zawsze wszystko toczy się po naszej myśli to i tak możliwe jest szczęśliwe zakończenie.

"ZDROWIE... ILE CIĘ TRZEBA CENIĆ TEN TYLKO SIĘ DOWIE, KTO CIĘ STRACIŁ...."

Pierwsza moja przerwa była skutkiem choroby. Biegałam dopiero kilka miesięcy, we wrześniu przebiegłam nawet  swój pierwszy półmaraton - lokalny BIEG LECHITÓW. Debiut na tym dystansie nie poszedł po mojej myśli. Nie złamałam założonego czasu 2h więc miałam w sobie poczucie pierwszej biegowej porażki, którą szybko chciałam naprawić. Zaczęłam pracować nad nowym celem - Półmaratonem Mikołajów w Toruniu 6.12.2014r. 

Przyszła jesień, zrobiło się chłodniej a ja nie myślałam o tym, żeby głowę osłonić przed zimnem i wiatrem opaską czy czapką i tym samym załatwiłam sobie zatoki a wdychanie zimnego powietrza doprowadziło do zapalenia krtani. Słabsza odporność spowodowała, że lada moment nabawiłam się dodatkowo zapalenia tchawicy i finalnie zapalenia oskrzeli. Moja determinacja do treningów była ogromna, ale lekarz skutecznie blokował moje zapędy i chęć powrotu na treningi.

Pewnie zignorowałabym takie ostrzeżenia, ale znam tego lekarza od lat i aktywność fizyczną, zdrowy tryb życia, naturalne leczenie to jego priorytety. Uznałam więc dobre rady tego lekarza za wystarczający argument. Na pytanie o możliwość wystartowania w zawodach w Toruniu powiedział, że poleca odpuścić, bo nie biegnę tam po złoty medal olimpijski a skutki zbyt szybkiego powrotu do aktywności po chorobie i antybiotyku mogą skutkować zapaleniem mięśnia sercowego. Nie zbagatelizowałam tego ostrzeżenia i doceniłam jego faktyczną troskę o moje zdrowie. Pauzowałam więc z bieganiem grzecznie do końca roku. W tym czasie wykonywałam w domu ćwiczenia na dysku stabilizacyjnym, wzmacniałam ręce, robiłam brzuszki - to co mogłam robić bez wychodzenia z domu.

NOWY ROK - NOWE WYZWANIA!

Dokładnie w Nowy Rok umówiłam się po wielu miesiącach z moimi koleżankami i kolegami i przebiegłam wspólnie z nimi kilka km. I kiedy wydawało mi się, że wszystko szło jak należy 18.01.2015roku zerwałam na treningu więzadła w lewej  stopie. Noga spuchła jak bania, kostka przypominała jabłko. Rtg w szpitalu potwierdził najgorsze. Od tego momentu poruszałam się jedynie o kulach i ze stabilizatorem na nogach. Lekarze nakazali leżenie, ewentualnie moczenie nogi w misce z wodą z mydłem, rolowanie butelki... Przez pierwsze miesiące po kolei przechodziłam przez fazy załamania, zrezygnowania, irytacji na stanowiska różnych ortopedów.

Mam szczęście spotykać na swojej drodze dobrych ludzi. Znajomi biegacze polecili mi osobę, która może zająć się moją kontuzją. W lutym trafiłam do świetnego fizjoterapeuty i poddałam się bardzo bolesnej i długiej rehabilitacji. Wszystko w nadziei na powrót do biegania. Byłam w stanie znieść duży ból, dodatkowo trenowałam także w domu. Mój lekarz ( ten, o którym wspomniałam powyżej) polecił mi ortopedę. Umówiłam się pospiesznie na wizytę. Weszłam o kulach i ze stabilizatorem na nogach a wyszłam bez tego sprzętu. Ortopeda nakazał chodzić na tej nodze i zacząć ją aktywizować. Faktycznie po kilku tygodniach widać było, że mięśnie giną w oczach. Różnica w obwodzie uda wynosiła 4cm. Wizyty kontrolne i badania usg wykluczyły wg lekarza konieczność rekonstrukcji więzadeł. Ja z kolei się na to upierałam żeby tylko wrócić do biegania. Lekarz był jednak uparty w tej kwestii i powiedział, że na żadną rekonstrukcję się nie zgodzi a co więcej nakazuje mi przebiec następnego dnia 1km. Tak jak polecił lekarz- tak zrobiłam. 

NAUKA BIEGANIA OD ZERA...

Na początku kwietnia przebiegłam 1km. Jeśli dobrze pamiętam tempo sięgało 8min/km. Szczerze mówiąc niewiele miało to wspólnego z bieganiem - raczej trucht w żółwim tempie. Z czasem dystanse wydłużałam o kilka set metrów. Endorfinowe szaleństwo potreningowe wróciło:)

W maju treningi weszły już na wyższy poziom. Stopniowo przebiegłam pierwsze 5km, potem 7, 8 aż wreszcie upragnione 10km. Moja radość była przeogromna. Biegałam bez bólu. Znowu.

W czerwcu całkiem przypadkiem zaliczyłam maraton! Tak - maraton! Ale przypadkiem? Jak to możliwe? Grupa biegowa "Słynni Kenijczycy", do której należę od 2014roku zorganizowała pewnej soboty wycieczkę biegową w okolicznym lesie. Przewidywany dystans 25km. Długo wahałam się czy umówić się z biegaczami. Wymagający teren leśny, nierówne podłoże, blokada w głowie przed kolejnym ewentualnym skręceniem kostki no i długość dystansu mnie przerażały... Koledzy jednak zapewnili mnie, że dostosują tempo biegu do mnie i jeśli będzie wymagany postój to mam się niczym nie przejmować. Wyruszyliśmy więc w trasę. Okazało się jednak, że przewodnik stracił orientację w terenie. Dookoła żywej duszy, telefony nie miały zasięgu. Nie było mnie w domu już za długo, nie było ze mną kontaktu a jeszcze perspektywa powrotu do domu nie była klarowna. Na 33km padł mi zegarek. Wybiegliśmy poza granicę województwa... Wszyscy już wiedzieliśmy, że wycieczka znacznie się przedłuży. Ostatecznie wyszedł nam dystans 42km. Szczęście w tej pechowej sytuacji było takie, że noga wytrzymała królewski dystans:)

To dało mi nadzieję na więcej. Potwierdziło, że nie warto się poddawać, że determinacja i nastawienie na sukces w życiu człowieka potrafi zdziałać wiele dobrego. W mojej głowa pojawiła się myśl o większym wyzwaniu. Chciałam wysiłku w innym wymiarze. Bieganie po płaskim już miałam opanowane. Mimo tego, że lekarze nie rokowali mi już przyszłości biegacza w czerwcu przebiegłam maraton a lipcu dokonałam czegoś niesamowitego - przebiegłam półmaraton, ale nie po asfalcie...

To był Półmaraton Karkonoski - 22km biegu po górach po takich przejściach...To był dla mnie wielki, osobisty sukces.

Nie ma nic gorszego dla aktywnej osoby od przymusowego pauzowania. Jako typowy koziorożec jestem zdyscyplinowana, silna i wytrzymała. W kwestii sportu przynosi mi to wiele korzyści. Wytrwale dążę do realizacji celów, nie poddaję się mimo niepowodzeń. Udowadniam sobie każdego dnia, że pozytywne nastawienie ma znaczenie i jeśli na czymś bardzo Ci zależy dokonasz rzeczy niemożliwych!!!

W zdrowym ciele zdrowy duch!

napisane przez
portrait

MICHALINA WALASZCZYK

Handlowiec z GNIEZNO

Wiek: K30
Klub: Słynni Kenijczycy, Klub Altom
Trener: Andrzej Krzyścin

Moje dyscypliny
Ultra Trail 10 KM Półmaraton Ultramaraton Trail

Więcej blogów