UDOSTĘPNIJ
Szczerze mówiąc, kiedy usłyszałem o Etapowej Triadzie, byłem przekonany, że zima w górach to nie do końca odpowiedni teren do biegania dla mnie. Jednak za namową biegowych przyjaciół z ASICS FrontRunner Poland zapisałem się… nie wiedząc tak naprawdę co mnie czeka. Tylko na szybko z pracy zerknąłem w telefon: 2 dni, 3 biegi? To chyba fajna zabawa. Potaplamy się w śniegu czy coś. Dobra – lecę najkrótszy. Jakieś Intro. Brzmi lekko. OK! Wyślij. Pędzę na spotkanie!

Kiedy do wyjazdu do Krościenka pozostało mniej niż tydzień, zacząłem powoli rozumieć, że porwałem się z motyką na… śnieg, jak się okazuje. Na szczęście z pomocą przyszli bardziej doświadczeni biegacze z ekipy FrontRunners, którzy stworzyli dokładną ‘check-listą’ dbając, bym nie zapomniał niczego, co mogłoby mi się potem przydać na miejscu. Jednak samo nazewnictwo poszczególnych rzeczy sprawiło, że wątpliwości rosły z sekundy na sekundę. Stuptuty, softslaski… to się je tak jak żel, czy jak? Wszystko wyjaśniło się 2 dni później, kiedy kurier dostarczył mi z Poznania wielkie pudło z „niezbędnikiem górskiego biegacza”. Latarki czołówki, sprężyny śniegowe na buty, stuptuty, powerbanki… było wszystko. (Dzięki, Przemo! Jesteś moim fanem!) Dobra, jeszcze tylko zabrać całą szafę ciuchów i w drogę.

ETAP 1: GORCE

Do Krościenka dotarłem późnym wieczorem. W kilku niewielkich, góralskich domkach na wzgórzu ulokowali się znajomi biegacze, którzy z niepokojem śledzili kolejne informacje płynące od organizatorów. Padający od kilku dni śnieg skutecznie utrudniał poruszanie się po szlakach, każda z tras mogła stać się w każdej chwili niedostępna, a etap lub nawet cały bieg zagrożony. Jak się jednak okazało, warunki były na tyle bezpieczne, że mogliśmy się w spokoju szykować do pierwszego startu w sobotnie dopołudnie. Pierwszy etap: 16 km do przejścia ze szczytem Lubań – 1211 m n.p.m.

W miejscu zbiórki meldujemy się na ok. godzinę przed startem, skąd autokar przewozi wszystkich do Grywałdu, miejscowości z której miał się rozpocząć bieg. Organizatorzy od rana przecierali szlak, sprawdzając jeszcze raz jego przepustowość, dlatego do ostatniej chwili czekaliśmy na starcie na telefon ze szczytu. Tak tez się stało, zatem z kilkuminutowym opóźnieniem, ale ruszamy! Przed nami sześciokilometrowa wspinaczka pod górę. Początkowo biegną wszyscy, za chwilę już nikt. Idziemy tłumem, dość szeroko, by po ok 1,5 km stworzyć korytarz pojedynczych osób, wchodzący na szlak. Idziemy. Śniegu coraz więcej. Idziemy. Idziemy. Śniegu jeszcze więcej. My nadal idziemy. Po obu stronach ok 50 cm białego puchu. Uczestnicy tworzą śniegowy korytarz. Po ok 3 kilometrach robi się jeszcze stromiej, a śniegu nie ubywa – wręcz przeciwnie.  Nie ma jak wyprzedzić. Nie to żebym chciał… Dwóch śmiałków odskoczyło na bok i pędzą w śniegu po uda omijając innych. „Super, panowie!” – ktoś krzyknął! „Trzymajcie tempo!” – dodał.  No dobra. Ja krzyknąłem. Wyprzedzili 5 osób. Zyskali 4 metry. Szacun :)

Wchodzimy głębiej w las. Śniegu w niektórych miejscach po pas. Korytarz coraz węższy, ale dobrze ubity, tworząc lekkie schodki. Idziemy po śladach, na których powoli pojawia się lód. Na trasie coraz częściej zdarzają się gałęzie, które skutecznie przeszkadzają, kiedy patrzysz pod nogi. Unosząc głowę narażam się na ześlizgnięcie nogi poza korytarz, gdzie czeka warstwa nieubitego śniegu o głębokości nawet powyżej metra. Sprawdzone. Nie polecam. Na 5 kilometrze docieramy do niewielkiej polanki, gdzie spotykamy mężczyznę (ze strony Organizatora lub TOPRu), który przekazuje informacje, że czeka nas jeszcze 1 km podejścia a potem już „z górki”. Korzystam z chwili przerwy, wchodząc pod gigantycznego świerka, aby zjeść żel, ponieważ mój organizm zaczął domagać się czegokolwiek. A pod drzewkiem siedzi sobie śliczny szczeniak Husky :) Można znaleźć argument dla przymusowego odpoczynku? Można! Kilka minut zabawy z niebieskookim syberianem sprawiło, że skutecznie zapomniałem o bólu nóg i pozytywnie nastroiłem się na dalszą podróż. Jeszcze tylko wspólna focia z wilkiem. Odpiąłem zapinki z plecaka. Zdjąłem plecak. Odsunąłęm zamarznięty suwak. Wyjąłem telefon z powerbankiem z folii. Zrobiłem focię. Włożyłem telefon z powerbankiem do folii. Opatuliłem w chustkę. Schowałem. Zasunąłem. Założyłem plecak. Przeplotłem zapinki i zaczepiłem. Wstałem. Ruszyłem. Zapomniałem zjeść żela. 

Docieramy na szczyt. Szeroka polana, wszędzie biało. Drzewa poznaję tylko dzięki temu, że widać brązowe pnie. Śnieg pada poziomo. Masakra. Wymieniam buffa na suchego, bo pierwszy zamarzł w okolicach ust i nosa. Lepiej. O schowaniu się za czyimiś plecami mogę zapomnieć. Przerwy między uczestnikami sięgają od kilkunastu do kilkudziesięciu metrów. Próbuję dobiec do kogoś, żeby nie zostać „samemu” na trasie. Ale widocznie nie tylko ja wpadam na ten pomysł, bo kolejni też truchtają w miarę możliwości. Zegarek krzyczy, że nie wytrzyma i zaraz padnie. Zajebiście… 500 m i chowamy się w lesie. Ufff. Ale śniegu jeszcze (!!!) więcej. Od szczytu w Lubaniu faktycznie było już tylko z górki. Szkoda tylko, że przez 10 kilometrów. Śniegowy korytarz, do którego się przyzwyczaiłem zamienił się w 1,5 metrową ścieżkę z kilkunastocentymetrowym „błotem” śniegowym, jeszcze bardziej rozdeptywanym przez zbiegających. Kilkukrotnie próbowałem zbiegu, jednak uznałem po dwukrotnym osunięciu się stopy w ryzyku wywrotki, przeszedłem do żwawego marszu, czasem truchtu. Zjadłem żel, który postanowiłem przepić herbatą z bidonu. W końcu nie ma to jak rozgrzewająca… ice-tea? Herbata zamieniła się w napój z bryłami lodu. No to popite. Trudno. Lecimy dalej.  W międzyczasie na 10 km zjadam drugi żel. Na trasie nic się nie zmienia. Poza śniegiem, bo ten ciągle pada. 14 km. Trzeci żel. W bidonie bryła lodu. Dodatkowy kilogram do dźwigania. Jakbym sam nie miał wystarczająco. Ale nie wywalę w krzak… tzn. w śnieg, bo mnie Przemek zabije. No nic to. 2 km do celu.  Lecimy. Na ostatnim kilometrze robi się bardziej płasko (hallelujah!) i jest możliwość doczłapania do mety. Słychać kibiców, spikera, muzykę. Ten moment lubię najbardziej! Zza zakrętu wyłaniają się strażacy, kierujący w prawo, na ostatnią prostą. Poznaję Krościenko. Pojawiają się flagi. Brama Asics. Namioty… jesteśmy w domu! Wbiegam na metę w czasie 2:59:13! Medal na szyję. Ach! Wspaniale! Herbata wrzątek! Nie da się pić, więc grzeję nią dłonie. Mija 20 sekund. Piję. Gorąca. Mija 10 sekund. Letnia. Dopijam do końca.

ETAP 2: PIENINY

Po dotarciu do domku marzę tylko o zrzuceniu mokrych ciuchów i gorącym prysznicu. Stos butów odtaja przy kominku. A do łazienki kolejka. Jest godzina 16:00. O 19:00 etap nocny. Zbiórka pewnie z godzinę wcześniej. A może zjem coś? Wymieniam ciuchy na suche, ładuję telefon, odgrzewam makaron, sprawdzam działanie czołówek, szykuję sprężyny na buty. Czeka mnie drugi etap, czyli wspinaczka niemalże pionowa na Toporzysko (612 m n.p.m.), 5 km całej trasy, limit 1 godzina. Na start przy rynku w Krościeniu docieram na chwilę przed startem. Dopinam mocniej stuptuty i sprężyny paskami, żeby nie zgubić w śniegu. Ustawiam się gdzieś w tłumie. Ruszamy. Pierwszy kilometr płasko, luźno, krótkie rozmowy z wyprzedzanymi i wyprzedzającymi. I tyle byłoby tego dobrego. Zza zakrętu, na kilkaset metrów do przodu widać tylko długą, świecącą linię prowadzącą do nieba… Aha. No to pobiegane… Robi się wąsko i ciasno. Po kilkunastu minutach nie widać nic, tylko czołówki ludzi przede mną. Stromo, jakbym wchodził po półmetrowych schodach. Odwracać się boję. Ślisko. Czołówką doświetlam tylko miejsca, w których mam postawić nogę. Śnieg - wiadomo. Dużo. I ciągle pada, bo jakże by inaczej. Bieg górski? Dobre sobie. Wspinaczka wysokogórska to najlepsze określenie. Dopiero teraz wychodzi brak czasu na regenerację po wcześniejszych kilometrach. Ciężko. Ale nie mogę się zatrzymać… bo nie ma gdzie. Przede mną sznur ludzi, za mną to samo. Zaczynam przypominać sobie, kto mnie na to namówił. Już wiem kto. Ale oni też „biegną”. No dobra. Nie zabiję. Najpierw sam muszę to przeżyć. Potem ich zabiję.

Na szczycie mili panowie organizatorzy (gaworzący w najlepsze) pokazują, że odbijamy na prawo i zbiegamy. Przepraszam, co robimy teraz? Zbiegamy. Aha. Nie ma sprawy! A przede mną czarny tunel bez przyszłości. A ja widzę na metr do przodu. Śnieg zamienił się w błoto. Już takie prawdziwe błoto. Podsumujmy. Nie widzę nic poza kołem o średnicy metra z przodu. Nogi zapadają się w błoto o głębokości kilkunastu centymetrów. A jak masz szczęście to w śnieg na kilkadziesiąt. Zbieg tak stromy, że grawitacja pcha cię na przód. A co robi Tomeczek? Wyciąga telefon i nagrywa filmiki, bo mu ludzie nie uwierzą, ze można mieć tak przeje**ne... Geniusz bezpieczeństwa. Na szczęście przeżywam i zbiegam bezpieczne, docierając w okolice podejścia od drugiej strony szczytu. Teren wyrównuje się, choć nadal wąsko, ponownie w tunelu śnieżnym. Uczestnicy „Ultra” pędzą drugie okrążenie, a ja (z zazdrości chyba) zaczynam biec. 4 km za nami, pozostaje ostatni kilometr, płasko do mety. Dobiegam do rynku. Wspaniale oświetlona meta, pochodnie, muzyka… Wbiegam w czasie 58:59, czyli idealnie mieszczę się w limicie! Medal na szyję i po herbatkę. Takie momenty to ja lubię! Oj, tak!

 ETAP 3: BESKID SĄDECKI

Niedzielny poranek nie zwiastował niczego dobrego. Po dotarciu na miejsce zbiórki okazało się, że nasz bieg jest już dwukrotnie opóźniony, a nasi poprzednicy z biegów „maratońskich” i „ultra” pokonują swoje etapy w czasach sporo dłuższych niż zakładano. Śnieg sypał od… prawie tygodnia. Siedziałem w odpalonym aucie w oczekiwaniu na autokar, który zawiezie uczestników do miejscowości Czarda. Chwila na dogranie odpowiedniej mapy z trasą do aplikacji w telefonie, na wypadek zabłądzenia na trasie i przyjeżdża autokar. Na start docieramy w chwili, kiedy pozostali uczestnicy już znajdują się na linii startu. Dosłownie minuta i wystrzał. Nie mijają 2 minuty, a wszyscy się zatrzymują 200 metrów dalej. Ktoś się przewrócił? Bigos rozdają? O co chodzi? Wejście na szlak. Pionowo w górę. Gęsiego. Korytarzyk śniegowy. Skąd my to znamy… Przed nami Dzwonkówka (982 m n.p.m.) po zaledwie pięciokilometrowej wspinaczce. Brzmi milutko. Nogi na podejściu odpadają już na starcie. Znowu nie ma gdzie stanąć. Ludzie się zatrzymują, brodząc na boku w zaspach, dając się wyprzedzać. Idę. Innego wyjścia przecież już nie mam. O śniegu nawet nie piszę. Wiecie ile. W lesie na trasie pojawiają się leżące konary, które mijamy niemal bokiem. Do tego wszędzie wiszące gałęzie, odbijające się od mijających je ludzi niczym łuk po naciągnięciu cięciwy. 

Na pośredni szczyt – Bereśnik (569 m n.p.m.) docieramy po około 40 minutach, gdzie robi się nieco płasko. Na szczęście w lesie, bo wiatr aż tak nie przeszkadza. Zjadam żel. Jest dobrze. 10 minut po płaskim i zaczynamy ostatnie, dwukilometrowe podeście pod Dzwonkówkę. Ostatni ekstremalny wysiłek. Nie zwalniam. Kolana pieką przy każdym wyższym stopniu. Idę. Zostało ok 500 metrów. Chcę już być na górze! 400. Drugi żel. 300. Walczymy. 200. 100. Szczyt. Prawie pól kilometra pod górę. Masakra. Ale nie ma czasu na odetchnięcie na płaskim, bowiem od razu rozpoczyna się zejście w dół. Znowu rozchodzone, rozbiegane i z błotem śniegowym. Pod śniegiem lód, ciężko zbiegać. Nogi uciekają na boki. Co kilkadziesiąt metrów lekkie płaskie momenty, gdzie staram się biec po ubitym śniegu. Kilku śmiałków zbiega na pełnej prędkości – odsuwam się, aby nie zostać potrąconym. Biegnę swoje. Choć to dziwne, że biegnę. Ale może mój organizm się pomylił i zapomniał, co się działo wczoraj? A może ja się dopiero rozgrzałem? ;) Tak czy inaczej zbiegam w dół ostatnie kilka kilometrów, podziwiając widoczki i uważając, żebym sobie na ostatnim zbiegu nie zrobił krzywdy. Meta zlokalizowana jest wzdłuż Dunajca, w cudownie zasypanym Krościenku. Zostały dwa zakręty, zbieg wzdłuż rzeki, mostek i ostatnia prosta. Wieje okropnie, ale mi to już chyba obojętne. Spiker czyta mój numer. Dobiegam i otrzymuję medal. Trzeci medal. Trzeci w 100% zasłużony! Panie i Panowie, MAMY TO!!! Czas  łączny z 3 etapów: 06:17:23. Podsłuchuję czyjąś rozmową, ze to podobno najtrudniejszy zimowy bieg górski w Polsce. O proszę. Z lekkim uśmiechem pod nosem chwytam za kubek z herbatą. Nie czuję zmęczenia, choć nie mam siły odciąć czipa z buta. Nie czuję bólu nóg, choć ciężko mi zrobić choćby jeden krok do przodu. Nie odczuwam przeszywającego zimna, choć widzę, że cały się trzęsę. Jedyne uczucie jakie mi towarzyszy to satysfakcja i duma, że zrobiłem coś, w co wcześniej sam wątpiłem.

Etapowa Triada: 3/3.

Ale rok 2019 dopiero się zaczyna. Jeszcze nie raz Was zaskoczę.

Do zobaczenia na trasie.

Fotografie: Ewelina Kempa, Radosław Piasecki (Etapowa Triada), źródło własne.

napisał
portrait

Tomasz Lasota

Manager z Kielce

Wiek: 32

Klub: Mój Cel

MOJA DYSCYPLINA
Maraton 10km Półmaraton
MOJA DYSCYPLINA
marathon 10k half_marathon