Już jakiś czas chciałam się z Wami podzielić jak wygląda moja codzienność. Dostaje od Was sporo wiadomości, gdzie pytacie jak godzę swoją pracę, czy pracę zmianową z treningami? Czy dużo trenuje? Czy po nockach także? Jak wygląda moja regeneracja? Zbierałam się z opisaniem tego dość długo… Dlaczego? Bo ja na prawdę nie uważam, że robię coś niezwykłego… Po prostu staram się, jak mogę, uporządkować mój dzień tak, by starczyło czasu na wszystko, czyli tak samo jak Ty.

Zacznijmy od początku. Pracuje jako położna na oddziale Intensywnej Terapii Noworodka. Dyżuruje w systemie zmianowym, po 12h, 7-19 i 19-7. Średnio w miesiącu mam 17 dyżurów, z czego ok. 10 to nocki. Tak, daje to ponad 200h pracy. Intensywnej pracy, bo wielokrotnie pokonuje na dyżurze nawet 10 km. Opieka nad moimi małymi pacjentami to m.in. pobieranie badań (gdzie często wkłuwam się w żyłkę grubości włosa), to leki w mikrodawkach, wyjazdy na blok operacyjny, konsultacje, to także przypominanie co poniektórym, że trzeba oddychać (niektórzy zapominają), przewijanie, nauka karmienia czy przytulenie jeśli taki mały człowiek się złości. To właśnie praca jest dla mnie priorytetem. To od niej zaczynam planowanie. Stuprocentowa koncentracja i pełna gotowość w każdej chwili- tego nie może mi zabraknąć.

Po wielu próbach i błędach i ponownych próbach, udało mi się wypracować schemat, w którym czuje się dobrze. Planowanie zawsze zamykam w obrębie tygodnia. Dyżury rozpisane, wiem ile godzin spędzę w pracy, i staram się także przewidzieć ile czasu będę potrzebować na regenerację. Bo choć pracuję w zawodzie już ponad 10 lat, to tutaj nie ma schematów. Dzień do dnia nie podobny. Tym bardziej tydzień do tygodnia czy miesiąc do miesiąca. Do tego wklejam treningi.

Po złapaniu zajawki na bieganie, która zaczęło się u mnie, paradoksalnie, po to by się zatrzymać, postanowiłam, że to moje bieganie, żeby było „jakieś” musi być poukładane. Muszę wiedzieć co, kiedy i jak, aby nie stać w miejscu. Od ponad roku to Gazela pomaga mi okiełznać mój sportowy zapał i wyciągnąć ze mnie ile się da. Przy moim napiętym harmonogramie, gdy wiecznie coś robię, plan treningowy jest dla mnie zbawieniem. Wtedy już pozostaje „tylko” wykonać, tzn. wybiegać. Zgadza się, ten element w tej całej układance, jest najtrudniejszy. Tak, tak- mi też się czasem nie chce. Szukam wymówek, przeróżnych, albo przełożenia treningu? A może jak jednego nie zrobie to nic się przecież nie stanie?  Znacie to?

W zeszłym roku, po kolejnej, nieudanej próbie przygotowania się do maratonu, wiedziałam, że jeszcze rok nie jest stracony. I tak od początku kwietnia, jak już doszłam do siebie, po kolejnej maratońskiej, czasowej porażce, zapalenie krtani i tchawicy przeszło, wyciągnęłam worek lekcji i wniosków, zaczęłam trenować, a jako cel obrałam sobie… trening. Tak! Każdy, kolejny trening w moim planie był moim celem. Wiedziałam, że przyjdzie czas, gdy ponownie stanę na starcie, ale skupiłam się na tym, by nauczyć się działać krótkodystansowo. Sekret tkwi w tym, by nie popaść ze skrajności w skrajność. Aby „trenuje tylko jak mi się chce” nie przerodziło się w „trenuje zawsze, wszędzie, mimo wszystko, nawet przy 40to stopniowej gorączce”. Bo granica tutaj jest bardzo cienka, a nasz organizm skarci nas bardzo szybko za niesłuchanie sygnałów które nam wysyła. To on „odetnie prąd” i zabierze oddech na zwykłym rozbieganiu, a przy drugim zakresie nie omieszka przypomnieć, że to on tu rozdaje karty… O właśnie! Kolejny, mogłoby się wydawać, „gwóźdź do trumny” motywacji i dobrze działającego mechanizmu treningowego- trening, który nie wyszedł, kiedy biegło się tak ciężko, że nie było szans na realizację założeń- znacie to, wiem o tym. Też to przerabiałam, to normalne. I co ja wtedy na to? Absolutnie nic! Robie co mam do zrobienia, weryfikuje sytuacje na bieżąco, czy na pewno nie dam rady, czy tylko diabełek siedzący mi na ramieniu kusi, by powiedzieć stop… Czasem po prostu nie wychodzi. Ba! Czasem nawet nie wiemy co ma na to wpływ! Przecież jeszcze wczoraj fruwaliśmy nad ziemią, a dziś nogi sprawiają wrażenie jakby były z cementu… Koniec. Trening zakończony. Zostawiam z tyłu. Patrze w plan i w głowie wizualizuję już założenia na jutro.

Każdy dzień to dla nas czysta karta. Czy to treningowo, czy po prostu, życiowo… Karta, którą kolorujemy takimi kredkami, jakie schowaliśmy w swoim piórniku.

Nie będę tu ewenementem, gdy powiem, że mi też zdażyło się pare treningów odpuścić. Szczególnie po całonocnej reanimacji, kiedy zmęczenie nie pozwala oddalić się od łózka na więcej niż odległość od kuchni czy łazienki. A czasem, bo miałam coś pilnego do zrobienia czy czułam, że kręci się koło mnie przeziębienie. Bo odpuszczony trening to nie koniec świata- serio! We wszystkim potrzebny jest umiar :)

Mijał tydzień za tygodniem, a ja realizowałam kolejne jednostki z planu treningowego, dostosowując trening do pracy, a potem do tego całą „resztę”, zapisując w tabelce treningi „życia”- gdy sama nie mogłam wyjść z podziwu, że potrafię, i treningi- o których tak szybko chciałam zapomnieć, że już nie pamiętam. Krok po kroku, elementy tej mojej układanki złożyły się w całość, i zaowocowały życiówkami na dystansach 5, 10 km i półmaratonu. Urwałam odpowiednio 1,5 minuty, 6 minut i 12 minut. A także po raz pierwszy stanęłam na podium, i to od razu w kategorii open kobiet w biegu na 5 km, gdzie miałam łamać 25 minut, a biegło się tak cudownie, że złamałam 24- upsss, tak wyszło ;)

Tak. Te cyferki bardzo cieszą. Ale to tylko efekt uboczny. Konsekwencja realizacji treningów. Odhaczania w tabelce kolejnych jednostek. Samozaparcia. Ale przede wszystkim pasji. Bo nigdy nie wyszłam biegać z przymusu, nigdy nikt mi nie kazał. To ten trening po trzech nockach, który wszedł jak złoto. I także ten, gdy miałam być wypoczęta, a kolka łapała co kilometr. To te ukochane kilometrówki robione w deszczu i porywistym wietrze. I te długie wybiegania w 30 stopniowym upale, w samo południe, bo przede mną jeszcze nocny dyżur. Każda w tych cyferek, przy których widnieje „PB” ma swoją historię. Nie tylko u mnie, u Ciebie także. Każda z nich jest wynikiem ciężkiej pracy i serca, które włożyliśmy w każdy, pojedynczy krok, trening, by je osiągnąć.

Sekret tkwi w tym, że ja po prostu uwielbiam swoją pracę. I choć śmieję się, że przez nocki będę żyła połowę krócej, to nie zamieniłabym jej na rzadną inną. Nie oddam tej satysfakcji, walki, empatii, ale także ogromnej ilości pokory, a czasem i smutku które mi towarzyszą. Ta praca wiele mnie nauczyła. Ci Wojownicy, którzy niejednokrotnie ważą nie więcej niż 500g, codziennie uczą mnie, że nie można się poddawać. Że choć czasem się nie udaje, to nigdy nie przegrasz dopóki nie przestaniesz próbować. Trzeba wierzyć, że tym razem się uda. I choć to wcale nie jest łatwe, staram się uczyć od Nich tej woli walki. Walki o uśmiech, marzenia i szczęście.


Fot.: Ewelina Kempa, źródło własne

napisane przez
portrait

Natalia Regulska

Położna z Kraków

Wiek: K30
Klub: ASICS FrontRunner Poland
Trener: Beata Popadiak

Moje dyscypliny
Półmaraton 10 KM

Więcej blogów