Na powyższe pytanie odpowiedzi są dwie, i każdemu nasuwa się jedna, jemu właściwa. Lecz tak na prawdę wszystko zależy. Zmiennych jest wiele. Każdy ma swoje cyferki i tego będę się trzymać.

Mój ostatni start w krakowskim półmaratonie miał być zwieńczeniem tego roku i wszystkich przebiegniętych kilometrów. Jednak widocznie plan był dla mnie inny. Im bliżej startu tym większe miałam poczucie, że „nie idzie”. Na treningach brakowało tego czegoś, błysku, a wszystko co działo się poza bieganiem każdego dnia uświadamiało coraz bardziej, że ja to sobie mogę chcieć, a życie życiem. Ilość pracy nie jest nowością, nigdy nie cierpię na jej brak (#LoveIt), co najwyżej mogę liczyć na przychylność losu, aby, im bliżej startu, intensywna pozostała tylko w nazwie mojego oddziału. Do tego prozaiczne, wydawałoby się, kłopoty ze zdrowiem, a gdy już czuję, że jest kiepsko, o godzinie 18:10 orientuję się, ża na 19 do pracy to raczej nie dojadę, bo w oponie tkwi gwóźdź. Co mi zostało? Usiąść i zacząć się śmiać! (Dzięki Tato!)

Już jakiś czas temu przyjęłam strategie nie przejmowania się rzeczami, na które nie mam wpływu. Nie powiem, łatwo nie jest, ale nic co przychodzi łatwo nie daje tak cudownej satysfakcji jak to, czego osiągnięcie wymaga od nas przekraczania własnych granic, prawda?

Wróćmy do rzeczy.

Choroba po 5tce w Hamburgu, miesiąc przed połówką, już nie była dobrą prognozą. No ale, jeszcze miesiąc- myślałam optymistycznie. Pod górkę zaczęło się wtedy, gdy Intensywna nie tylko w nazwie Intensywną była. Przyciągałam pracę jak magnes. Dzień czy noc, poniedziałek czy sobota, bez znaczenia- ja na dyżurze = będzie zapier*** tzn. intensywnie. Bomba wybuchła dwa tygodnie przed startem. Ostatnie mocne treningi, a ja nie mogę złapać zakrętu. Pamiętając, że bez snu i regeneracji ani rusz, resztę rzeczy wciskam na zakładkę. Nie pomyślałabym nawet, że zabieg u dentysty przerodzi się w małą operację, oczywiście powikłaną stanem zapalnym (#JednaNaMilion). Więc do mojego napiętego grafiku doszły jeszcze wizyty u dentysty co drugi dzień.

Emocje rosły.

Aż przyszedł taki dzień, a właściwie taka noc, gdy jak gdyby nigdy nic przyszłam na dyżur, i od razu pożałowałam, że zrobiłam trening rano. Uwielbiam poranne treningi. Uwielbiam, gdy miasto budzi się do życia, a ja obserwuje to w biegowych butach. Ale wiem, jak bardzo potrzebuje snu i odpoczynku, zwłaszcza mając przed sobą nocny dyżur. Zaryzykowałam. Wstałam o 6:30.

Po całonocnej reanimacji cieszyłam się, że mam do domu raptem 6km. Nie pamiętam kiedy do niego dotarłam, ani kiedy znalazłam się w łóżku. Mimo 12 lat pracy dalej uważam, że nocki zabierają mi kilka lat życia, ale mimo to, nie wyobrażam sobie siebie w innym miejscu. 12h na nogach, w nocy, w pełny skupieniu, gdy rosnący poziom melatoniny (bo każdy normalny w nocy to śpi) wypiera adrenalina, a ja robię wszystko, by kolejny raz wygrać walkę z Tym Na Górze. Udało się.

Dojście do siebie po tym dyżurze zajmuje mi jakieś 5 dni. Przemęczenie się ciągnie, a do połówki został tydzień. Wiedziałam, że jeżeli nie stanie się cud, to nie nabiegam nic. Na szczęście cuda się zdarzają.

Ostatnie treningi dalej nie idą. Prędkości docelowe wchodzą ciężko, a praca niezmiennie trzyma poziom intensywności. Love.

W czwartek wieczorem wychodząc z pracy z bolącą głową postanawiam rzucić wszystko na jedną kartę. Sen, nawadnianie i nastawienie. Kocham bieganie. To ono daje mi poczucie jak wiele zależy ode mnie samej, a przy tym tak zwyczajnie pozwala się zatrzymać w tej codziennej gonitwie. Wiedziałam, że będzie ciężko. Ale wiedziałam też, że bez walki się nie poddam. Nie ja.

I tak było. Walczyłam ile miałam sił. A sił starczyło na 15km. Potem nagle nogi przestały się kręcić. Niby nie byłam zmęczona, ale każdy krok kosztował już dużo więcej energii. Mały problem z zegarkiem na starcie (#BlondynkaToStanUmyslu) spowodował, że nawet nie wiedziałam na jaki czas biegnę, i jedyne co miałam pod kontrolą to samopoczucie i, mniej więcej, tempo poszczególnych kilometrów. W głębi duszy zaczęłam się śmiać, a całe 21km biegłam ze spokojem i czerpaniem tego co tu i teraz. I choć wpadłam na metę mocno zmęczona, to w sercu pojawił się uśmiech i radość. Wynik? 56 sekund gorzej od życiówki. Ale dziś nie cyferki były ważne. Zaczęłam biegać, żeby się zatrzymać, żeby mieć swoją odskocznie. To bieganie uczy mnie w pracy wytrwałości, cierpliwości i małych kroków. I to praca uczy mnie w bieganiu nieustępliwości, pokory i dawania z siebie więcej niż wydaje mi się, że jestem w stanie dać. Przekraczania granic. Konsekwencji. Ot.

Z odzyskaną radością biegania i kolejną ważną lekcją zaczynam roztrenowanie. Szczęśliwa. Plan na wiosnę już mam, i wierzę, że moje cyferki w końcu ułożą się „po mojemu”, a miłość do pracy i do biegania uda się pogodzić. Ale! Nie byłabym sobą gdybym nie chciała „czegoś więcej” ;) Stay tuned!

napisane przez
portrait

Natalia Regulska

Położna z Kraków

Wiek: K30
Klub: ASICS FrontRunner Poland
Trener: Beata Popadiak

Moje dyscypliny
Półmaraton 10 KM

Więcej blogów