Tym razem zacznijmy nietypowo... Zacznijmy od końca...

Kończę czwartą, ostatnią pętlę biegową w Vichy. Ostatni raz wbiegam na czerwony dywan. Czuję jak jest miękki, a może to moje nogi są miękkie. Wolontariuszka, która stoi przed tablicą z kierunkowskazem widząc, że skręcam w stronę mety szeroko się uśmiecha. Podnosi dłonie i zaczyna klaskać. Wraz z nią zaczyna klaskać tłum zgromadzony na mecie. Przechodzą mnie ciarki po plecach. Spiker woła z cały sił "Piotr Myślak! You are an IRONMAN"! Ta chwila jest tylko moja. Niczym runda honorowa po zwycięstwie na stadionie. To dla tej chwili trenowałem blisko rok. Wiem, że byłem w tym dniu najlepszą wersją siebie.

Kiedy na mecie nogi przestają drżeć z wrażenia odbieram medal. Długo na niego czekałem. Sądzę, że jest on najciężej wywalczonym żelastwem w Moim życiu. Dlaczego? Przeczytajcie!

Jest godzina 5.30 rano. Zbliżamy się do strefy rowerowej. Gra muzyka, a tłum zawodników uwija się przy swoich rowerach. Mój stoi w czwartej alejce, na wysokości wyjścia z wody. Jeszcze raz sprawdzam dobieg. To mój rytuał przedstartowy. Nie mogę przecież gubić sekund na szukaniu roweru. Pompuje koła, osadzam buty w pedałach, nalewam wody do bidonu na kierownicy, wsadzam bidony za siodełko. Już chyba wszystko jest gotowe. Upycham żele po kieszeniach. Jeszcze raz idę się pożegnać z Kasią i ruszam na rozgrzewkę przed pływaniem. Niestety jest ona na sucho, bo jest całkowity zakaz wchodzenia do wody ze względów bezpieczeństwa. Jest jeszcze w miarę ciemno.

Do strefy pływania idziemy w grupach. O 6.30 startują najszybsi, a potem po kolei kolejne grupy. Ustawiam się na czas w granicy 1.10, bo znam swoje miejsce w szeregu. Wybija godzina startu. Machina ruszyła! Kolejne sygnały nakazują wskoczenie do wody. Jestem już bardzo blisko. Nagle moja kolej. Wraz z czterema innymi zawodnikami wbiegam na pomost i ląduje w wodzie. Jest cieplejsza niż mi się wydawało. Dla mnie idealnie!


Mamy do przepłynięcia 3800 metrów w rzece. Pętla jest jedna. Dobrze oznaczona małymi i większymi bojkami. Co 500 metrów również oznaczenie z dystansem. Staram się trzymać z boku. Nie lubię pływania w tłumie. Łapie swój rytm i płynę. Co jakiś czas wpadam na kogoś lub ktoś na mnie. Nie mam z tym większego problemu. Czas płynie jednak wolno. Zaczyna mi się dłużyć, a to dopiero 500 metrów. Uśmiecham się w myślach i robię swoje. Przypominam sobie co mam w strefie zmian. Co muszę zabrać na rower. Analizuję ubiór. Nagle jestem na nawrocie, 2000 metrów za nami. Teraz już z górki. Lekko parują mi okulary, ale nie muszę się zatrzymywać. Zgubiłem gdzieś oznaczenie 2500 i 3000 metrów, więc szczęśliwy odnajduje się na 3500. Już widać bramę wyjścia z wody. Nagle pod rękoma czuję beton, podnoszę się i lecę przed siebie.

Zdejmuję piankę, przecieram twarz ręcznikiem, ubieram kask. W ostatniej chwili postanawiam założyć skarpety na nogi. Łapię rower i lecę. W międzyczasie jeszcze wciskam żel. Belka jest tuż za strefą, więc biegania z rowerem malutko. Zaczyna się ten etap, który wiem, że będzie najbardziej wymagający. Pierwsze 15 kilometrów to rozgrzewka. Po nich zaczynają się dwie, górskie pętle. Asfalt całkiem dobry, a nogi początkowo niosą niesamowicie. Lecę, bo wiem, że górki zweryfikują całoroczne przygotowania. W miasteczkach, które mijamy jest dużo kibiców. Atmosfera bardzo fajna. Niestety czym dalej od Vichy tym robi się chłodniej. Wtedy pierwsza myśl przeszła przez głowę "dlaczego nie wziąłem kamizelki ze strefy?". Trudno! Trzeba robić swoje. Na każdej pętli jest 16 kilometrowy podjazd. To właśnie on początkowo był moją zmorą. Wiedziałem jednak, że jestem na niego przygotowany. Zaczyna się on na około 50 kilometrze trasy. W uda robi się ciepło. Mijam kolejnych zawodników, co daje mi mentalną przewagę. Jest bardzo dobrze! Noga kręci. Jednak cały czas z chłodną głową pamiętam o żywieniu i nawadnianiu. Korzystam z każdego punktu mimo, że jestem uzbrojony w kalorie po zęby. Pierwszy długi podjazd nie robi krzywdy. Zjazd natomiast jest bardziej kręty niż wynikało z mapy. Jadę ostrożnie, ale przewaga nad innymi zawodnikami z podjazdu sprawiła, że wielu z nich nie wyprzedziło mnie. Mija 100 kilometrów roweru. Pogoda na horyzoncie się zmienia. Mam pierwsze przemyślenia. Trasa w Vichy nie lubi nudy. Góra, dół, zakręty, dziury w asfalcie. Nie ma czasu na odpoczynek głowy. Cały czas coś.

Druga pętla to zmiana pogody. Zaczyna padać mżawka. Robi się chłodno. Na podjazdach nie ma z tym problemów, jednak w mojej głowie jest ten przeklęty zjazd. Po cichu modle się, żeby na zaczęło padać właśnie na nim. Moje umiejętności połączone z lekkim strachem powodują, że zjazdy nie są perfekcyjne. No i co się dzieje? Zaczyna padać!! Jeszcze na podjeździe deszcz daje się mocno we znaki z racji spadku temperatury. Nie ma co się łamać! Grzeję pod górę ile mam sił. Uzupełniam płyny, węgle z batonów i jazda w dół. Wolałbym zapomnieć o tych kolejnych 15 kilometrach, bo było mi ciężko zarówno psychicznie i fizycznie. Od zimna zaczęły łapać mnie skurcze w uda. Wiedziałem, że to chwilowe, więc nie panikowałem. Jednak usztywniłem bardzo barki ze strachu przed szlifem na zakręcie. Mocno odczułem to w późniejszej fazie roweru. Dodatkowo przez szybę w kasku widziałem coraz mniej z racji kropli deszczu. Na szczęście czym bliżej powrotu do Vichy, tym pogoda zmieniała się na lepszą.

Wjeżdżam do Vichy. Patrzę na zegarek, a tam już 180 kilometrów mija. Przede mną jeszcze minimum 2 kilometry, bo wiem orientacyjnie gdzie jestem. Jak się okazało gdzieś pominąłem informację, że rower w Vichy ma 182 kilometry. "Niezła pomyłka moja" - pomyślałem. Ostatki są bardzo kręte. Co chwila zakręt o 90 stopni, więc nie ma mowy o podkręceniu tempa. Wjeżdżam na most i widzę strefę zmian. Uff! Koniec tego podłego roweru. Zrzucam rower na wieszak, kask do worka, zakładam buty, okulary, łapie żele i lecę! Zaczyna się ostatnia prosta! Długa, bo 42 kilometrowa.

Trasa biegowa w Vichy ma 4 pętle po 10,5 kilometra. Prowadzi wzdłuż rzeki, w której wcześniej pływaliśmy. Pogoda do biegu jest idealna. Lekki wiaterek, słoneczko za chmurkami i temperatura w normie. Lecę przed siebie. Przy trasie dużo kibiców zarówno na parkowych ławeczkach, moście, w strefie bufetowej czy restauracjach zlokalizowanych przy trasie. Ci ostatni robią show! Przekrzykują się! Bawią wspaniale. Nie wiedziałem jednak wtedy jeszcze co się dzieje przy mecie. Tam to dopiero fiesta na całego! Spiker krzyczy, muzyka gra, ludzie uderzają rytmicznie w dłonie, tańczą, skaczą i dopingują z całych sił. Jest show dla każdego zawodnika. Na siódmym kilometrze jest Kasia z psiakiem. Zdaję relację z tego jak było na rowerze. Informuję, że potrzebuję nospę, bo po ilości spożytych żeli i batoników zaczynam mieć lekkie bóle brzucha. Chwilę później w kolejnym punkcie, gdzie się widzimy, mam to czego potrzebuję. Perfekcyjnie jest mieć taki support na trasie, który w razie potrzeby zareaguje błyskawicznie. Z Kasią widzę się kilka razy na trasie. Na szczęście oprócz wymiany zdań i uśmiechów do końca biegu już nie potrzebuję pomocy. Z każdym kilometrem jest ciężej, bo jak ma być po takim rowerze. Staram się biec, a przechodzę do marszu tylko w strefach bufetowych. Może oprócz drugiej godziny biegu, gdzie miałem lekki kryzys osobowościowy. Końcówka jednak należała do mnie. Przyspieszyłem. Całe zmęczenie nagle odpuściło. Przyciągał mnie ten czerwony dywan.

W oddali słyszę strefę mety. Jestem już na wyciągnięcie ręki. Mijam jeszcze paru biegaczy, którzy mają przed sobą kolejną pętle. Kibice przy trasie dopingują ile sił w gardłach mają. Moje imię przez te 42 kilometry słyszałem wielokrotnie. Już ją widzę. Jest... Ostatni raz wbiegam na czerwony dywan. Czuję jak jest miękki, a może to moje nogi są miękkie. Wolontariuszka, która stoi przed tablicą z kierunkowskazem widząc, że skręcam w stronę mety szeroko się uśmiecha. Podnosi dłonie i zaczyna klaskać. Wraz z nią zaczyna klaskać tłum zgromadzony na mecie. Przechodzą mnie ciarki po plecach. Spiker woła z cały sił "Piotr Myślak! You are an IRONMAN"!

napisane przez
portrait

Piotr Myślak

Triathlonista.com z Poznań

Wiek: 30

Moje dyscypliny
Maraton Półmaraton triathlon długi dystans Ultramaraton

Więcej blogów