Własne urodziny to idealny moment, żeby zrobić sobie prezent. Jaki jest najlepszy sposób na spędzenie urodzin według mnie? Przeczytaj!
Podróże mają magiczną moc uzdrawiania duszy i zdecydowanie pomagają zdystansować się do problemów dnia codziennego. Nie rozwiązują ich bezpośrednio, jednak pomagają przewartościować i spojrzeć na nie jakby z drugiego brzegu rzeki .

Uwielbiam podróżować! Uwielbiam odkrywać nowe miejsca. Lubię również wracać do tych, które bliskie są memu sercu. Karkonosze to jedno z tych miejsc, które odwiedzam bardzo często. Nie inaczej było również w tym roku. Mimo, że mamy dopiero 12 stycznia to przygód było już co nie miara. Dzięki dobremu kalendarzowi mogłem tak zaplanować czas, że wycieczka w Karkonosze trwała blisko tydzień. Cudnie!

Na rozgrzewkę przyjęliśmy 38 kilometrów na Trasie Chromiec - Jakuszyce - Hala Szrenicka - Szklarska Poręba - Chromiec. Był to prolog i sprawdzenie trasy w zespole dwuosobowym. Tzw. przygotowanie do głównego zadania, które nazajutrz było do wykonania. Na trasie miejscami sporo śniegu i sporo ludzi. Zwłaszcza w Jakuszycach ilość turystów nas zaskoczyła. Zaskoczyła nas również miejscami wcześniej wytyczona trasa. Była malownicza, dzika,
a czasem chcąca nas wyprowadzić w pole. Byliśmy w miejscach dawno nie odwiedzanych przez ludzi. Biegały sarny, jelenie i dziki. Czekaliśmy już tylko na spotkanie z wilkami i niedźwiedziami :)  Dobrze się złożyło, że sprawdziliśmy teren pod kolejny bieg, bo modyfikacje były potrzebne.


Urodzinowy maraton to pomysł, który zrodził mi się w momencie kiedy Julita z Hangaru (znacie ją z mojego bloga
z ćwiczeniami dla biegaczy) chciała przebieg 30 kilometrów. Długo nie musiałem jej namawiać, że bieganie 30 kilometrów można zamienić na maraton. Mimo, że pojawiły się zwątpienia kilka dni przed to w czwartek, punktualnie o 9.00 ruszyliśmy w sześć osób na pożarcie maratońskich kilometrów. Wśród nich debiutanci na tym dystansie: Andżelina, Julita oraz Marcin, który został namówiony na bieg kilkanaście godzin wcześniej. W grupie oprócz mnie jeszcze była Basia i Przemo, z którym dzień wcześniej przecierałem trasę.



Trasa prowadziła z miejscowości Chromiec na Wysoki Kamień, następnie do Szklarskiej Poręby, gdzie zrobiliśmy postój na uzupełnienie zapasów wody. Następnie skierowaliśmy się na Hale Szrenicką, która przywitała nas gęstą mgłą oraz śniegiem sięgającym czasem po pachy. No dobra! Jeśli się zeszło ze ścieżki, to można było tak wpaść. Na szczęście nasze droga z Hali Szrenickiej na Polanę Jakuszycką była w dużej części do przebiegnięcia! Z Polany Jakuszyckiej skierowaliśmy się znowu w stronę Wysokiego Kamienia, by przed samym szczytem obrać kierunek na Chromiec. Szło nam bardzo sprawnie jak na obecne warunki. Pierwsze oznaki zmęczenia pojawiły się dopiero
w Jakuszycach, czyli na około 15 kilometrów do mety. Jednak wzajemne wsparcie, pomoc w trudnym momentach
i dobre słowo doprowadziło, że dotarliśmy w pełnym, zadowolonym składzie na miejsce odpoczynku. Duma
z debiutantów do dzisiaj mnie rozpiera! Mimo napotkanych przeciwności dali radę!


Szturm! To słowo będzie mi się już chyba na dobre kojarzyło z moim urodzinami. Do naszej wesołej ekipy dojeżdżają kolejne samochody z Poznania. W sobotę na parkingu pod Świątynią Wang jest nas niezła ferajna! Wszyscy gotowi na Szturm na Śnieżkę! Zeszłoroczny nasz wyczyn sprowadził na drogę, na najwyższy szczyt Karkonoszy, nowe twarze pełne energii i radości! W tym roku trasa prowadziła początkowo niebieskim szlakiem na Polanę Karkonoską, a potem zielonym na grań. Pogoda z minuty na minutę była co raz lepsza. Wyszło słońce! Aura była wyśmienita. Skrzypiący śnieg pod butami, niebieskie niebo i drużyna, która jak dobry kolektyw napędzała się ku celowi.


Zmieniając szlak zielony na czerwony napotkaliśmy małe trudności biegowe. Spacer po kolana w śniegu
i lawirowanie między kosodrzewiną napsuło kilku osobom krwi i poobcierało nogi. Na szczęści wybitne warunki tego dnia odpędzały smutki i troski. Królowa Karkonoszy była już na wyciągnięcie ręki. W tym momencie muszę również napomknąć, że w czasie kiedy ekipa biegowa docierała do stóp Śnieżki, ekipa z Hangaru cieszyła się z kolejnego wejścia "w gaciach na Śnieżkę". Mega podziwiam ten wyczyn! Oklaski dla Nich!

Warunki przy Spalonej Strażnicy zrobiły się mega dobre! Można było rozpędzić nogę i zatrzymać się dopiero
na ostatnim podejściu pod Śnieżkę. Nagle zrobiło się wietrznie, trzeba było wyciągnąć z plecaka kurtkę. Ostatnie metry to już tylko mijanie osób na szlaku, które nieprzygotowane na zimowe warunki chciały zdobyć górę. Co roku zastanawiam się, co musi się stać, żeby ludzie zaczęli inwestować w swoje bezpieczeństwo. Już nie mówię
o raczkach, które można kupić za 20 - 30 złotych, ale chociaż o butach trekingowych z protektorem. Znowu mijaliśmy rzeszę fanów płaskich butów, którzy co chwilę zaliczali spotkanie z ziemią. Na szczęści to nas nie dotyczyło.

U góry wspaniałe widoki i mnóstwo turystów. Niestety długo się nimi nie nacieszyliśmy z racji wiatru, który szybko nas wychładzał. Założyliśmy wcześniej wspomniane nakładki z kolcami i ruszyliśmy z impetem na dół. Na drodze mijaliśmy naszą ekipę. Wszyscy uśmiechnięci i zadowoleni dotarli na szczyt, a potem na spotkanie w Domu Śląskim. Kto musiał to przebrał koszulkę, kto musiał to uzupełnił pożywienie. Ruszyliśmy w dół. Pogoda nagle się zmieniła
i nadeszły chmury. Z Domu Sląskiego polecieliśmy w stronę Akademickiej Strzechy, a następnie do Samotni. Potem Zimowym szlakiem zbiegliśmy na parking przy Świątyni Wang, gdzie zakończyliśmy nasze zmagania. Wpadło solidne 20 kilometrów w bardzo dobrych warunkach, które rzadko się trafiają. Chyba na nie zasłużyliśmy przez ten rok :) 

Mega Dziękuję za Waszą obecność! Dziękuję za Wszystkie życzenia i dobre słowo :) Bez Was nie byłoby mnie :) 

napisane przez
portrait

Piotr Myślak

Triathlonista.com z Poznań

Wiek: 30

Moje dyscypliny
Maraton Półmaraton triathlon długi dystans Ultramaraton

Więcej blogów