Kiedy w 2017 roku szykowałem się do startu w Mistrzostwach Świata Sztafet Challenge Family nie myślałem nawet o tym, że mogę stanąć przed szansą pojechania tam ponownie. Tym razem indywidualnie...

"Wspomnienia cofają nas do przeszłości -  marzenia pchają nas do przodu"

Droga do IRONMAN Vichy wiodła przez Gdańsk.
Jak tylko dowiedziałem się, że w Gdańsku odbędzie się wyścig spod logo Challenge Family wiedziałem, że nie może mnie tam zabraknąć! Cała imprezy odbywała się przecież w miejscu gdzie spędzałem wakacje w latach 90'. Znałem każdy zakamarek plaży i pobliskich alejek parkowych. Byłem świadkiem jak powstaje molo w Brzeźnie, na którym zaplanowano metę zawodów. Czy może być lepsze miejsce do startu niż te, które kojarzy się tylko pozytywnie?

Gdańsk niczym Hawaje.

Pogoda zapowiadała się iście tropikalna. Gdy wyszedłem dzień przed startem na rozruch wydawało mi się, że nie jestem w Polsce, ale w Hiszpanii lub Egipcie. Suche powietrze, ponad 30 stopni w cieniu, piękna plaża i parasolki na niej. To idealne warunki do plażowania, a nie startowania. Wyjścia jednak nie było. Powiedziałem A, to trzeba też powiedzieć B. Było mi pewnie też trochę łatwiej psychicznie, bo nie nastawiałem się jakoś bojowo do tego startu. W końcu od Malborka nigdzie nie startowałem. Udział w tych zawodach traktowałem trochę jako sprawdzenie, w którym miejscu jestem.


Przyspieszony Kraul.
Od pewnego czasu obserwowałem jaką temperaturę ma Bałtyk. Trochę z niepokojem na to spoglądałem, bo jeszcze kilka tygodni wcześniej woda miała 11-12 stopni. Na szczęście w dniu zawodów podano, że ma 18,5 stopnia. Idealna woda, by pływać w piance. Start zaplanowano na godzinę 8.00. Już około 7.30 postanowiłem wskoczyć do wody, by dobrze ułożyć piankę i solidnie się rozgrzać. Najpierw wystartowali zawodnicy i zawodniczki PRO. My natomiast niczym Polacy pod Grunwaldem schowaliśmy się pod molo, żeby unikać prażącego słońca. Przyszedł czas na nas. Szybko wskoczyłem do strefy i tylko czekałem na swoją kolej. W głowie kotłowały się myśli, ale praca wykonana na treningach napawała optymizmem. Ruszyliśmy. W wodzie do pokonania było ponad 700 metrów w morze, 450 metrów wzdłuż brzegu i kolejne 700 powrotu do brzegu. Tego dnia nie było dużej fali, pływanie było bardzo komfortowe. Długie, spokojne ruchy, pełne skupienie i tak po 33 minutach wybiegam z wody. Euforia już po pływaniu udziela mi się jeszcze długo. To czas poprawiony o 3 minuty! Wow - krzyczy moje serce i głowa! Błyskawicznie zrzucam piankę, biegnę do roweru i lecę dalej.


Z wiatrem i pod wiatr.
Złapałem rower, pędzę przez strefę zmian. Na chwilę muszę się jednak zatrzymać. Chip prawie spada mi z nogi, ale to tylko chwilowy problem. Dobiegam do belki, wsiadam na rower i zaraz spadam z siodełka. Co ono się zrobiło takie śliskie? - myślę sobie i śmieje się w duchu. Wsiadam drugi raz i zaczynamy kręcić. Ktoś krzyczy do zawodnika obok, że będziemy mieli pod wiatr. Informacja cenna! Wyjeżdżamy z Brzeźna i kierujemy się w stronę bursztynowego stadionu. Potwierdza się informacja o wietrze. Trasa liczy 3 pętle po 30 kilometrów. Pierwsza jej część jest pod wiatr i posiada liczne zakręty zlokalizowane wokół stadionu. Traktuje to jako rozgrzewkę, uzupełniam płyny i wciągam żel. Opuszczamy okolice stadionu, wyjeżdżamy na wiadukt i potem mocno w dół do tunelu pod Martwą Wisłą. Bardzo ciekawe uczucie, kiedy z pełnego słońca, w ciemnych okularach wjeżdża się do zimnego i ciemnego tunelu. Organizatorzy bardzo przed tym ostrzegali. Przy pierwszym zjeździe jeszcze asekuracyjnie trzymałem jedną rękę przy hamulcu. Potem już mi to do głowy nie przyszło. Wyjeżdżamy z tunelu i mamy przed sobą solidny podjazd pod wiatr. Na trzecim kółku wiało już tak mocno, że wyjazd uszczuplał mocno pokłady siły. Na 15 kilometrze była nawrotka i powrót do Brzeźna. Wracało się dużo lepiej. Wiatr pięknie popychał do przodu i często pojawiały się prędkości ponad 50 km/h. Bardzo pilnowałem jedzenia i nawodnienia. Wiedziałem, że będzie to kluczowe na bieganiu. Podczas etapu rowerowego wypiłem 1,5 litra węglowodanów, 1 litr wody i zjadłem 3 żele.


Parno i duszno.
Zsiadłem z roweru osiągając czas poniżej 2 godzin i 30 minut. Odstawiam rower w strefie, wciągam buty i lecę. Zastanawiałem się długo czy założyć NOOSA TRI z 2020 roku czy nowe z 2021 roku. Różnica? Te z 2020 roku mają troszkę bardziej agresywny bieżnik. Padło jednak na nowe, ze względu na nieco większą amortyzację. To był bardzo dobry ruch! Strefę zmian mijam po 2 minutach. W garści trzymam jeden żel, który zjadłem na około 7-8 kilometrze. Nie patrzyłem zupełnie na zegarek. Przez cały bieg spojrzałem dopiero na niego na mecie. Do pokonania miałem 4 pętle po około 5 kilometrów. Prowadziły nadmorskim bulwarem i ścieżkami w pobliskim parku. Postanowiłem, że będę biegł w komforcie i tego się trzymałem. Punkty z wodą i polewaczki były odwiedzane co 2.5 kilometra. Nie żałowałem sobie też lodu. Ostatnia pętla była jednak mocno druzgocąca. Zaczęły łapać mnie skurcze, bieganie już nie szło tak dobrze. Był już schemat od drzewa do drzewa, parę sekund chodu i znowu bieg. 

Leżakowanie na molo.
Został kilometr do mety. Podciągałem się na innych zawodnikach. Leciałem już na oparach. Słychać już było dźwięk mety, słowa spikera. Wpadam na molo! Jest! Jest meta. Nic innego nie widzę. Spiker wymawia moje imię, odbieram medal i nogi uginają się. Stwierdzam, że warto trochę poleżeć. Woda ze spryskiwacza jest zimna, ale daje ulgę. Zamykam oczy i tak leżę chwilę szczęśliwy, że już na mecie. Nagle dotyka mnie dłoń, otwieram oczy, a tu Pani medyk pytająca czy wszystko jest okej. Odpowiadam, że to tylko zmęczenie i zaraz się podniosę. Tak dobrze się leżało! Zbieram się do opuszczenia strefy mety. Jeszcze od pomiarowców dowiaduje się, że jestem 6 w kategorii wiekowej. To właśnie miejsce regulaminowo dawało przepustkę na MŚ w Samorin. Czekam jednak na potwierdzenie. 

Arbuzowe Love.
Uzyskuje czas 4.37, który jest 8 minut lepszy niż podczas połówki w Gdyni. Extra! Wpadam do strefy Finishera, która jest genialnie przygotowana. Wciągam niezliczone ilości zimnego arbuza. Siadam pod parasolem i jestem po prostu szczęśliwy. Wynik uzyskany w tej części sezonu satysfakcjonuje podwójnie! Do wyjazdu do Vichy zostają 2 miesiące ciężkich treningów. Zapytacie co z Samorin? Udało się? No pewnie, że tak! Jadę 29 sierpnia wystartować w Mistrzostwach Świata Challenge Family w Samorin :) 

napisane przez
portrait

Piotr Myślak

Triathlonista.com z Poznań

Wiek: 30

Moje dyscypliny
Maraton Półmaraton triathlon długi dystans Ultramaraton

Więcej blogów