UDOSTĘPNIJ
Rzeźniczek wypadł średnio. Tym razem miał być to "mądry, taktyczny" bieg. Taki trochę na otarcie łez, po lekkim rozczarowaniu w związku z formą po Bieszczadach.

5:30 rano, 4 h do startu, nie usnę. 7:00, wstaję na śniadanie, muszę coś zjeść. Standardowo przed zawodami parówki z wody, kanapka, musztarda. Popijam colą, potem prysznic, pakuję plecak, ogarniam buty. Brać kompresy na łydki?  Wychodzę, stres jest, żołądek ściśnięty. Nagrywam krótkie relacje, żeby się nieco rozluźnić. Nie pomaga. Obok startu zaczynam rozgrzewkę. Mija mnie Robert, który rok temu był tu drugi. Pewnie dzisiaj wygra. Truchtam. Nie wytrzymuję, podchodzę do Roberta i zagaduję jakie plany na bieg. „Najważniejsze, żeby w zdrowiu dobiec do mety i ukończyć” powiedział gość, który faktycznie w tym roku wygra. Pogadane, wysikane, na start. 

 Byle spokojnie, byle kurde spokojnie, nie zajechać się jak na Rzeźniczku. Strzela armata i startujemy. No jest spokojnie, kurde bele. Do przodu wyrywają Ci z dystansu 11 km i kilka osób z mojej trzydziestki.  Powoli, rozkręcam nogi na asfalcie i mijam tych, których strzał z armaty chyba za bardzo wystraszył. „Darek jest dobrze, lecisz według założeń, wytrzymaj to!” Podbiegamy, łykam kilku i na wypłaszczeniu wydłużam krok. Powoli, do przodu, oddech spokojny. Słodki jeżu, jak w takim samopoczuciu wybiegnę na Prehybę to potem ogień z dupy!!! Doganiam kolejnego, mam go na wyciągnięcie ręki. Stoi wolontariusz, coś zaczyna mówić. Nie słucham, tylko pytam który jestem. 

- 4! Ale to nieoficjalnie! Mogę się mylić. Ale chyba czwarty! - Dzięki Idealnie, tegom chciał!

 50 metrów dalej rozwidlenie. Oznaczenia w dół, do góry bez oznaczeń. Biegnę za taśmami w dół, ale coś mi nie pasuje. Ten przede mną też leci. Zbieg, luzuję nogi. Kurde, nie powinno być w dół. Ten z przodu staje. 

- Ej! Nie ma już taśm! 
- Czekaj, sprawdzę w zegarku tracka! Aaaaa! Źle! Wracamy do góry. 

Wkurzam się strasznie. Tak pięknie szło. Wracamy na trasę, a tam już ziomki, których armata wystraszyła. Matko, ile straciłem.  No i cały plan poszedł się… Trzeba nadrabiać. Spotykam znajomych, mówią, że jestem 9. Spadam 5 pozycji!  Muszę to nadrobić, muszę!  Ładuję na tą Prehybę! Oddech już przyspieszony, inni podchodzą, ja podbiegam, żel i podbiegam. Dextro i podbiegam, cola i podbiegam. Agrafka na Prehybie i widzę moich rywali, którzy już wracają z punktu. Ale strata, matko jedyna. Na punkcie tylko kubek coli i ogień za nimi. Podobno wskoczyłem na 6 miejsce. No gonię, ile się da, obiecałem, że nie braknie mi serducha do walki. Ale oni też gnają niemiłosiernie. Patrzę na prawo, widać Tatry w chmurach, Pieniny. Bywały z tego miejsca lepsze widoki, hehe. Ooo, widać, jak zając przebiegł przez Szczawnicę. Na podbiegu na Radziejową widzę, jak podchodzi dwóch. Muszę podbiegać, nie ma bata! Mimo to trzymają odległość. Zbiegam z Radziejowej i nadal nic, nadal nie potrafię ich dogonić. Przełęcz Żłobki, kubek coli i gonimy. Dopiero na Niemcowej łapię piątego zawodnika.

 - hej! 
- hej!  Matko jedyna! On ma ponad 60 lat!!!!!!! 

Biegnę piąty. „Dziadek” został w tyle, ale mocy miał ogrom. Zbiegam stromym kawałkiem, kamienie uciekają spod nóg.  Aaaaaaa! Jak boli!! O naturo złośliwa!! Aaaaa! Zaczyna mnie nagle boleć ścięgno mięśnia strzałkowego, prawie się zatrzymuję. Tuptam, kuleję, chyba jest po biegu… Kurde, kawał drogi do mety, dopiero 22 km. Tuptam, kuleję, ale tuptam. No boli jak szlak. No ale co mam zrobić, tuptam. Mija 500 m, nie boli :) Zaczyna mi brakować sił. Rezerwy poszły na nadrabianie pomylonej trasy. Zjadam żel z kofeiną, wycieram pot z czoła i robię co mogę, byle w dół. Wybiegam w końcu z lasu, widok na 500 m, nikogo nie ma. 4 km do mety, nikogo nie widzę. Za mną żywej duszy, „dziadek” został. Zaczynam rozumieć, że dobiegnę piąty. Jest po biegu, trzeba tylko to dowieźć. Dobrze, że noga nie boli. „Najważniejsze, żeby w zdrowiu dobiec do mety i ukończyć” - powiedział kilka godzin wcześniej Robert. No... Ostatnie 2 km asfaltu, pod górkę, meta. Średnie tempo jak na Rzeźniczku, ale samopoczucie zdecydowanie lepsze. Były kolki, ale już zdecydowanie lepiej sobie z nimi radziłem. Koniec. 

Dobrze, że ta pomyłka była, dobrze, że tak wyszło. Dobrze, że teraz, nie kiedyś w przyszłości, o większą stawkę. Czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał. Ten rok ma być nauką, teraz jest czas na popełnianie błędów. 

napisał
portrait

Dariusz Świerad

IT Project Manager z Kraków

Wiek: M30

Klub: ASICS FrontRunner Poland

Trener: Kacper Piech

MOJA DYSCYPLINA
ultra trail Półmaraton Maraton 10km biegi górskie ultramaraton
trail
MOJA DYSCYPLINA
ultra_trail half_marathon marathon 10k mountain_running ultra_marathon trail