Maraton w życiu biegacza to wyjątkowy dystans. Kto raz minie maratońską metę, będzie wracał. Mimo bólu. Mimo żmudnych treningów. A czasem również mimo porażek. Ale piękno królewskiego dystansu tkwi właśnie w tym, że przygotowanie do niego trwa bardzo długo, a dzień startu jest tylko jeden. Nie można go powtórzyć za tydzień czy dwa. Podejmując decyzję, że chcemy to zrobić mamy wpływ tylko na to jak przepracujemy okres treningowy, czy jak silna będzie nasza motywacja i wytrwałość. Na nic więcej.

Ani na nasze samopoczucie w dniu startu. Ani na pogodę. Ani na wiele innych zmiennych, które TEGO dnia mogą zaważyć nad tym, czy miesiące przygotowań przyniosą efekt, czy wrócimy z medalem, ale pokonani. 

Grudzień 2019 
Walencja. Po wielkich poszukiwaniach udaje mi się przypadkiem zdobyć pakiet na bieg na 10k, towarzyszący, jak się okazuje na miejscu po raz ostatni, maratonowi. Gazela biegnie swój wymarzony maraton i w pięknym stylu łamie 3h, a ja na starcie jak zwykle mam łzy w oczach, i już nie mogę doczekać się swojego- w Barcelonie, w marcu 2020. Tymczasem po tygodniu zatrucia pokarmowego, gdy mój organizm tolerował jedynie sucharki i rumianek, udaje mi się nabiegać przyzwoite 52:46, po czym na 41km łapię się Gazeli i lecę z nią po 4:00/km przez kilkaset metrów. Magia maratonu.

Walencja / Bieg Chomiczówki

Styczeń 2020 
Drugi miesiąc przygotowań do Barcelony, a ja zaczynam mieć wątpliwości, czy to był dobry wybór. Chodzi mi po głowie Cracovia Maraton. I mimo, że biegnąc w 2017 roku maraton w Krakowie powiedziałam: „Nigdy więcej”, pod koniec miesiąca, gdy już prawie bookuje bilety na lot do Barcelony, podejmuje decyzję- Kraków. Chcę pobiec maraton u siebie. Wśród moich kibiców. W moim mieście. Zuzia i Piotrek niepocieszeni, mieliśmy biec razem, ale rozumieją. Kochani. W tak zwanym międzyczasie biegnę Bieg Chomiczówki w Warszawie- 15km po 5:10/km. Czuje, że coś drgnęło. 

Luty - Lipiec 2020 
Świat zmienia się nie do poznania. Po kolei wszystkie biegi zostają odwołane. W tym mój Cracovia Maraton. W pracy atmosfera jak na wojnie. Niepewność. Oczekiwanie. Obawy. Jak dobrze, że jest bieganie. Mimo, że w tym momencie bez konkretnego celu, ale trenuje. Biegam, bo to uwielbiam. To moje lekarstwo na wszystkie smutki, złość i stres. Inaczej chyba bym zwariowała. W konsekwencji w maju osiągam swój najlepszy czas na 10km- 48:44, jednak z dużym niedosytem. Ale już w czerwcu odpalam wrotki na 5km, i duma mnie rozpiera- 22:31! 

Sierpień - Wrzesień 2020 
Pojawia się informacja o charytatywnym Cracovia Maraton pod hasłem to-ge(t)-ther(e) z zachowaniem pandemicznych obostrzeń. 250 miejsc. Losowanie. Listopad. Krakowskie Błonia. 12 razy. Z moich ust pada bezkompromisowe i prześmiewcze: NIE MA MOWY! Kto mnie zna, baaardzo dobrze wie, że nienawidzę biegać wokół Błoń. Demotywują mnie długie proste. A bieganie w pętli? Dwie na maratonie, ba dwie na biegu na 10km ledwo udaje mi się pogodzić w głowie, a co dopiero 12! Do dosadnego „Nie ma mowy” dodaje jeszcze, że nie wiem co musiałoby się stać, żeby ktoś mnie na to namówił. Nie i koniec. 
… 
Maraton wraca w głowie. I to dziwne uczucie, że może jednak… Gdy w maju moja mama przechodziła rehabilitacje po operacji kolana, ucząc się chodzić po schodach, zmotywowana mówiła, że musi trenować, bo w listopadzie musi przebiec ze mną kawałek maratonu. Więc czym wobec tego dla mnie jest 12 3,5km okrążeń? Szybkie pytanie do trenera. Beti robi analizę. Szybkość jest. Mamy 9 tygodni na wytrzymałość. Działamy! 

Październik 2020 

Trening za treningiem. Dzień startu coraz bliżej. Minimalizuje wszystko co mogę, żeby nic mnie nie zaskoczyło. Pogodę zamówiłam już we wrześniu. Tym się nie martwię. Zaczynam długo wyczekiwany urlop, po którym wracam do pracy na tydzień przed maratonem. Pozbywam się wszystkich nocnych dyżurów. Nie mogę sobie pozwolić na zarwaną noc w tygodniu przedstartowym. Składa się to w 4 tygodnie bez nocek- idealnie. Kilka treningów nie wchodzi jak powinno. Ale dla równowagi kilka wchodzi tak, że czuje przypływ mocy i ogarnia mnie spokój. Planuje wykorzystać bieg na pętli, by mieć swój support żywieniowy. Zero przypadku. Tomek podejmuje się tej roli, a ja analizuje jak to rozegrać, żeby znowu żołądek nie pogrzebał mi biegu. Będąc w Rzymie mam do zrobienia 28km, kupuje w aptece przypadkowo znalezione żele, z całkiem dobrą opinią. Ryzykuje i… wchodzą idealnie! A że zwycięskiego składu się nie zmienia po powrocie do Polski zamawiam te same. I to z nimi staje na starcie. 

Listopad 2020 
Wszystko przygotowane. Odliczam do startu na palcach jednej ręki. Ostatnia wizyta u fizjo i na 4 dni przed… BIEG ODWOŁANY! Przeniesiony na poziom wirtualny. Ehh… Nie zastanawiam się ani chwili, już tydzień wcześniej powiedziałam, że nawet jak odwołają to ja i tak pobiegnę! Nie mam wpływu na decyzje Rządu czy organizatora, więc szkoda tracić energię. Wiem, że potrzebuje tego startu. Wiem, że jestem gotowa. 11 miesięcy treningów. 2300 przebiegniętych km. Muszę i chcę to pobiec! Mój support żywieniowy, Tomek, zgłasza pełną gotowość do pomocy. Zuzia z Piterem i Milą będą kibicować. Ba, Piter nawet oferuje towarzystwo na całym dystansie! Gazela też- nie może jej zabraknąć. No i moi rodzice. Ewelinka, Asia… Już nie mogę się doczekać! Już chce biec! 

08.11.2020 DZIEŃ STARTU
Budzi mnie ból głowy. O dziwo kilka dni przed startem nie mam w sobie żadnych złych emocji. Nie gdybam. A potrafię. I choć troszkę stresiku jest, to taki bardzo mobilizujący. I pewnie stąd ten ból głowy. Ale to dla mnie nic nowego. Jem śniadanie. Pakuje torbę. Zapowiada się piękny dzień. Słońce delikatnie przebija się przez opadającą mgłę. Start zaplanowałam na mniej więcej 10:10. Docieramy na Błonia. Tych co chcą pobiec mimo odwołanego biegu jest więcej. Niektórzy właśnie „wbiegają na metę”. Gratuluje i troszkę zazdroszczę. Krótka rozgrzewka, kilka przebieżek. Czuje, że jestem trochę spięta. Ale nie myśle o tym. 
Razem z Piterem i Marcinem staje na symbolicznym starcie. Na niebieskiej lini namalowanej farbą, gdy dwa miesiące temu robiony był atest trasy. Tomek puszcza „The Final Countdown”. 5… 4… 3… 2… 1… START! Ruszyliśmy!
Plan od trenera dostałam dość prosty: 5:20/km do 25km, potem zobaczymy. Wynik końcowy wywołuje we mnie lekki dystans, ale plan mnie nie dziwi, widziałam to po treningach. Przede mną prawie 12 3,5km pętli. Emocje odkładam na bok i dość szybko wchodzę w rytm. Mimo, krótkiej wymiany zdań z grupą kolarzy na końcu pierwszej prostej zajmujących całą szerokość alejki, na razie jest dość pusto.

Moi Rycerze!

Krakowskie Błonia to sportowo-rekreacyjny park dość często wybierany przez mieszkańców na rodzinne spacery. Wiedziałam, że te pustki za chwilę się skończą, że słoneczna niedziela przyciągnie ludzi. I tak też było. Z okrążenia na okrążenie było ich coraz więcej. Poza pieszymi, także rowerzyści, rolkarze, dzieci na hulajnogach i psy. Biegniemy dalej. Dość luźno trzymamy tempo 5:17-5:18/km. Brak oznaczeń poszczególnych kilometrów trasy utrudnia szacowanie czasem. Jako punkt odniesienia mamy tylko 5, 10, 20, HM, 25 i 30km. I metę. Piotrek podczas biegu przelicza w głowie czasy w każdym znaczącym miejscu. Kolejne kółko za nami. Na punkcie pojawiają się moi rodzice. Jest też już Asia. Kątem oka chyba dostrzegam też Ewelinkę z Piotrkiem.

Moja ekipa z dopingującymi tablicami

W ciągu tych kilku sekund co ich mijam próbuje przeczytać dopingujące hasła na tablicach, które dla mnie przygotowali, zobaczyć wszystkie wesołe buźki i usłyszeć co do mnie krzyczą, choć najbardziej skupiam się na Tomku, woda z miodem i żele. Wszystko ponumerowane. Okrążenie po okrążeniu. Bez niego wszystko się rozsypie. Po trzecim okrążeniu, czyli na ok. 10,5km dostaje pierwszy żel. Już chwile wcześniej zaczynam się zastanawiać, czy na pewno go zjeść, przecież czuje się ok. Szybko wyrzucam tą myśl z głowy. Wszystko musi iść zgodnie z planem, inaczej zabraknie mi sił w drugiej części dystansu. Okrążenie nr 4. 14km. Z daleka ich już wypatruje, choć dość spora ilość ludzi nie ułatwia. Gdy dobiegam znowu czytam tablice: „Jeśli robisz ro co kochasz, nic Cie nie zatrzyma!”. Uśmiecham się w sercu, biorę kolejną butelkę i lecę dalej. Wszystko idzie jak po sznurku, a ja czuje się super. W międzyczasie Marcin wymienia się z Beti. I teraz to ona, ze swoim stukającym plecakiem, wraz z Piterem towarzyszą mi kilometr po kilometrze. Okrążenie nr 5. 17,5km. Kolejny żel. Na tablicy: „Nati, nie myśl - biegnij!”. Więc biegnę. Jak w transie. Przez chwilę tracę nawet rachubę, które to okrążenie. Pamiętam tylko, że na 6tym jest „połówka”. I tak ok. 100 metrów za moim punktem mijam oznaczenie „1/2”- z uśmiechem rzucam, że właśnie zrobiłam życiówkę na półmaratonie. 1:51:43. Kolejne okrążenie. Kolejny żel. Mijamy 25km. Trzymamy tempo. Piter proponuje, by zwolnić pół kroku. Czuje się dobrze. Ale przystaje na tą propozycję. Tak na prawdę maraton zacznie się dopiero za chwilę… CDN…

napisane przez
portrait

Natalia Regulska

Położna z Kraków

Wiek: K30
Klub: ASICS FrontRunner Poland
Trener: Beata Popadiak

Moje dyscypliny
Półmaraton 10 KM

Więcej blogów