...Mijamy 25km. Trzymamy tempo. Piter proponuje, by zwolnić pół kroku. Czuje się dobrze. Ale przystaje na tą propozycję. Tak na prawdę maraton zacznie się dopiero za chwilę… Już nie jestem taka wygadana jak wcześniej. Zaczynam odczuwać w nogach, że zbliża się 30km...

Między 25, a 30 trzymamy tempo ok. 5:22-5:23/km, zgodnie z planem ciut wolniej. Już nie tak lekko, ale bez problemu. Kolejne okrążenie, nr 8, 28km. Teraz to sobie liczę i wiem co i jak, na trasie nie miałam pojęcia. Mijamy nasz punkt, na tablicy „Malutka, możesz to zrobić i zrobisz to!”. Oczami wyobraźni widzę i słyszę Zuzię jak to mówi, bo to ona nazywa mnie Malutka. Małe wzruszenie ściska w gardle, ale szybko sobie z nim radzę. Na to jeszcze przyjdzie czas. Po prawie 3h intensywnego wysiłku już przestaje być tak kolorowo. Żołądek niby ok, ale po wodzie z miodem i żelach potrzebuje go trochę wyciszyć, bo jeszcze trochę pracy nas czeka. Biorąc kolejną butelkę od Tomka rzucam hasło „rumianek”- wiem, że coś ciepłego i nie słodkiego pozwoli mi go choć trochę rozluźnić. Dobiegamy do 30km. Gazela mówi, że teraz tylko zakres z ostatniej niedzieli i mamy to. Tylko. 12km. Oddechowo czuje się super. Co jakiś czas biorę głęboki wdech, żeby dotlenić mięśnie. Rzucam do Beti, że czuje już czwórki. Mam wrażenie, że jest trochę wolniej, ale nie przejmuje się tym. Skupiam się maksymalnie na tym, by biec. Na każdym kolejnym okrążeniu. Na każdym kolejnym kilometrze. Ludzi już okropnie dużo. Słyszę jak Piotrek co chwilę krzyczy do nich „Przepraszamy! Lewa wolna! Dziękujemy!”. Podczas całego biegu powiedział to chyba z tysiąc razy, jak nie więcej. Do mnie mówi, żebym trzymała się lewej krawędzi. Żeby nie nadrabiać dystansu. Staram się, ale nie każdy zdąży ustąpić drogi. No i teraz moja reakcja już nie jest tak szybka jak jeszcze kilkanaście kilometrów temu. Rzucam co jakiś czas okiem na zegarek, i mimo, że czuję, że nogi bolą, i że jest ciężej to tempo nie spadło jakoś drastycznie. W pewnym momencie myślałam, że zwolniłam nawet do 5:40, a zegarek wybija kilometr w 5:24/km. Walczę dalej.

Okrążenie nr 9, 31,5km. Ostatni żel i zamówiony rumianek. Ten punkt kosztuje mnie już bardzo dużo wysiłku. Picie czy jedzenie to zawsze wytrącenie z rytmu zarówno biegowego jak i oddechowego. Kilometr wpada w 5:29/km. Chwile mi zajmuje zanim wracam na swój tor, ale udaje się przyspieszyć do 5:24/km. Patrze na zegarek, i szybko kalkuluje, że nawet jakbym teraz zwolniła lub nawet przeszła do marszu to i tak zrobie super życiówkę. Usiadł mi na ramieniu taki mały diabełek, ale tak szybko jak o tym myślę, tak szybko tej myśli się pozbywam. Tempo na zegarku nie jest złe. Beti z Piotrkiem cały czas do mnie mówią. Beti rzuca, że to jest maraton, ale że dam radę, że jestem super przygotowana. Piotrek tak samo, pomiędzy „Przepraszamy! Lewa wolna! Dziękujemy!” krzyczy do mnie, że nie mogę się zatrzymać, że dam radę! Słyszę ich. Te słowa, ich emocje, bardzo pomagają i motywują, ale ja jestem jakby w innej, równoległej rzeczywistości. Odcinam się od wszystkiego co mogę. Dziesiąte okrążenie i 35km. Biorę wodę. Wiem, że już tylko jedna butelka na mnie czeka. Że jeszcze tylko 7km. Co to jest 7km?! Gazela z Piotrkiem mówią, żebym sobie wyobraziła ten dystans jak robie trening. Nie wiedzą, ale to właśnie robię. Wiem, że jedną nogą jestem już na mecie. Że jeszcze tylko jedno pełne okrążenie i ostatnie już krótsze. Nawet niewielkie wzniesienia sprawiają mi już trudność. Staram się pracować rękami. Beti mówi, żebym wydłużyła krok. Robię to. Pomaga. Wydolnościowo dalej nie jestem zmęczona. Ale uda i stopy już palą. Myślę o Tych tam na punkcie. Że przyjechali tu dla mnie. Że nie mogę ich zawieść. Że poza bólem nic mi nie jest, więc nie mogę się poddać. Nie poddam się! Piotrek wspomina maraton w Barcelonie, że jeszcze tylko 5km i za rok spotykamy się tam na następnym. Na zakręcie pod nogi wpada nam dziewczynka na hulajnodze, Piotrek zwinnie odskakuje, a ja z moimi obolałymi nogami robię co mogę żeby zrobić to samo- uff udaje się, ale widziałam przerażenie w jej oczach. Zostały 4km. Zaraz wpadamy na punkt, ostatnia woda, i już prawie koniec! I jest- 11 okrążenie, 38,5km. W rękach Tomka poza ostatnią butelką z wodą tabliczka „MAŁA, DAJ SIĘ PONIEŚĆ!!!”. Podobno leci też Bryan Adams, ten sam przy którym wbiegałam na metę w Berlinie, ale tego już nie jestem w stanie zakodować. Słyszę jak wszyscy dopingują. Widzę innych biegaczy, który przystanęli i biją brawo. Mimo, że właśnie z małą kolizją na punkcie robię najwolniejszy kilometr (5:31/km) wiem, że zaraz tam wrócę, że zostało mi tylko ok. 19 minut! Piotrek z Beti nie ustają w dopingowaniu, Piotrek bije brawo, prawie biega wokół mnie… Gazela mówi, że jeszcze tylko 3km i będę miała tyle wolnego ile tylko będę chciała… 40km. 40!!! Oddycham spokojnie, staram się utrzymać tempo. Piotrek namawia, żeby przyspieszyć, chyba nawet pokiwałam głową, że nie dam rady. Tak mi się przynajmniej wtedy wydawało, ale mimo wszystko staram się do niego dobiegać. 41km wybija w 5:25/km, czyli jednak coś szybciej.

METAAAA!!!

Rzucam co chwile okiem na zegarek i widzę, że udało się wrócić do 5:20/km, jednak mimo 41km z matematyką idzie mi całkiem dobrze, liczę i wiem, że na sub 3:45 braknie. Ale to nie ważne. Teraz to już nie ma znaczenia. Ostatni zakręt, zostało jakieś 800m. Piotrek z Gazelą nie ustają, dopingują, krzyczą, motywują, biją brawo… Piotrek rzuca, żebym postarała się przyspieszyć, że to końcówka! Zbieram się w sobie, zaciskam zęby i przyspieszam. Mimo bolących ud i stóp daje radę! Widzę ich! Nie patrzę już na zegarek, tylko lecę ile mi zostało sił! Widzę rozwiniętą taśmę w miejscu symbolicznej mety, widzę, że na mnie czekają! Już chce tam być! Czuje, że zegarek wybija 42km (jak się potem okazuje w 5:13/km), jeszcze dwa kroki, ostatnie sekundy… unoszę ręce, przecinam taśmę i JEST! METAAAAAAAA!!! Zatrzymuje zegarek i padam na ziemię… Pojawiają się łzy, dopuszczam do głosu emocje w końcu wychodząc ze swojej bańki i zaczynam chłonąć tą cudowną chwilę. Wstaje obolała, spocona i zapłakana. Nie do końca ogarniam co się dzieje… Co chwile ktoś podchodzi, gratuluje, wszyscy biją brawo, na mojej szyi pojawia się medal, do ręki dostaje puchar, kwiaty, tabliczkę, prezent… Halo! Stop! Co to się dzieje?! Słońce niemiłosiernie razi w oczy, ale udaje się wydusić dwa słowa i podziękować za to wszystko co dla mnie tego dnia zrobili. A na koniec, już oblana szampanem przez Pitera, wznoszę ręce ku górze i głośno krzyczę ZROBIŁAM TO!!! Przebiegłam maraton! W 3:45:33! O ponad 23 minuty poprawiając życiówkę.

...

Mimo, że ten rok jest zdecydowanie inny niż wszystkie, i nikt nie przewidywał jak się potoczy staram się z niego czerpać pełnymi garściami. Brać, co tylko dalej. I mimo większej ilości zmartwień, przeciwności i niepewności, z każdego dnia staram się wyciągnąć ile się da. Na maksa. Bo na to mam wpływ. Dziś wiem, że ten maraton na zawsze pozostanie w mojej pamięci i w moim sercu. Nie tylko dlatego, że nabiegałam czas, na który sama sobie zapracowałam na treningach. Nie tylko dlatego, że zajęłam 5 miejsce wśród kobiet, co zapewne nigdy by się nie wydarzyło, a dziś jest faktem. Ale przede wszystkim dlatego, że największą siłą jaką możemy dziś mieć jest bezinteresowność drugiego człowieka. Jestem wdzięczna, że bieganie doprowadziło mnie do tego dnia i do tego punktu, w którym jestem dziś. Ukończony maraton i uzyskany czas i miejsce cieszą bardzo. Ale dobro, którym ta grupka kochanych ludków obdarowała mnie tego dnia sprawiła, że 08.11.2020r zostanie ze mną do końca życia. Bez względu na to ile maratonów jeszcze przede mną i jakie czasy na nich uzyskam. 

… 

Najważniejsze zostawiłam na koniec!

P O D Z I Ę K O W  A N I A !

Moja najlepsza ekipa na świecie! <3

Gdy podsumowywałam 1,5 roku temu maraton w Paryżu napisałam, że mój cel się nie zmienił i nadal pozostaje ten sam, nadal chcę pobiec MARATON IDEALNY. I 8 listopada 2020 roku pobiegłam go!

Jeśli zastanawiacie się, o co chodzi z tym maratonem idealnym... ;) STAY TUNED...

napisane przez
portrait

Natalia Regulska

Położna z Kraków

Wiek: K30
Klub: ASICS FrontRunner Poland
Trener: Beata Popadiak

Moje dyscypliny
Półmaraton 10 KM

Więcej blogów